sobota, 14 marca 2026

„Mason z Rakowic” - kryminał

   "Insignia Mortis: Znaki śmierci" to seria powieści kryminalno-historycznych z dodatkiem fantazji rozgrywająca się w Krakowie. Głównym bohaterem jest inspektor policji Adam Lorenz a w rozwiązywaniu zagadek pomaga mu dziennikarka Maja Wilczek. Do tej pory, z tej serii, ukazało się 8 powieści. Są one w formie ebooka a niektóre z nich można nabyć w: Naffy i Payhip . W tym poście zamieszczam fragmenty powieści pt. "Mason z Rakowic".

                                                 ----------------------------------

  W Krakowie, gdzie każda cegła chowa sekret, a cisza bywa najgłośniejszym kłamstwem… ktoś znowu zaczął mordować w imię dawnej przysięgi.
  Gdy brutalne morderstwo wstrząsa współczesnym miastem, śledczy Lorenz szybko dostrzega: to nie jest zbrodnia z zazdrości czy zemsty.
  To akt symboliczny. I jego korzenie sięgają XIX-wiecznej loży masońskiej – Virtus et Silentium, której członkowie przysięgli milczenie… ale nie mieli zamiaru trzymać się reszty przykazań.
  Wraz z determinacją historyczki Mai i doświadczeniem śledczego Lorenza wkraczają w świat zamurowanych komnat, zakodowanych listów i skarbów ukrytych pod pomnikami. Im głębiej sięgają, tym bardziej przeszłość odradza się z prochu  i zaczyna zabijać na nowo.

„Mason z Rakowic” to kolejna powieść z serii „Insignia Mortis: Znaki Śmierci” – inteligentny, klimatyczny thriller, w którym loże nie służą braterstwu, tylko mszczą się za niego.
Bo jak się okazuje…
Cnota i cisza nie zawsze idą w parze z prawdą. Czasem idą w parze ze śmiercią.

Nie musisz znać poprzednich tomów, by poczuć, jak lodowaty oddech historii muska Cię w ciemnym korytarzu. Wystarczy, że wierzysz: niektóre drzwi powinny pozostać zamknięte na zawsze.

Pobierz ebook teraz – zanim loża znajdzie kolejnego „brata”.

                                  ------------------------------------------------

Krypta

  Kraków spowijał gęsty, szarawy poranek jakby miasto wciąż śniło o rzeczach, o których nikt nie chciał pamiętać. Mgła pełzła nisko nad dachami i brukiem, wciskała się w szczeliny kamienic, oplatała żeliwne latarnie, osiadała na wilgotnych płytach Cmentarza Rakowickiego niczym zimna, nieproszona zasłona. Wśród starych lip i pokrzywionych krzyży, w niemal zapomnianym zakątku nekropolii, czaiła się kamienna krypta, rodzinny grobowiec, którego nazwisko ledwie majaczyło na zatartej tablicy ponad wejściem.
  Wąskie, kute drzwi z czarnego żelaza zaskrzypiały niechętnie, kiedy jeden z robotników pociągnął za zardzewiałą klamkę. Drugi, z latarką w ręku, pochylił się lekko i zniżył głos do szeptu:
– Mówię ci, stary... Tu nie powinno być nikogo. Ani żywego, ani świeżo złożonego.
  Za drzwiami zaczynały się schody, wąskie, śliskie od wilgoci, prowadzące kilka stopni w dół. Schodzili ostrożnie. Ich kroki odbijały się echem od cegieł, jakby sam grobowiec oddychał, powoli, z wysiłkiem, niechętnie. Wewnątrz panował nieprzyjemny chłód, zapach ziemi i pleśni, jakby czas stanął tu w miejscu i od dawna nie zamierzał ruszyć dalej. Ściany pokrywały ciemne zacieki, osady, pajęczyny, których nikt nie tknął od lat.
  Krypta była przestronna, mogła pomieścić kilkanaście trumien, lecz obecnie było ich tylko sześć. Cztery spoczywały w niszach, dwie ustawione na kamiennych postumentach, częściowo przykryte kurzem i opadłymi liśćmi, które wiatr wciskał przez szczeliny w konstrukcji. To jedna z nich, stara, zbutwiała, o ciemniejącym drewnie, zwróciła ich uwagę.
– Spójrz – powiedział młodszy, pochylając się. – Wieko... niedomknięte.– Trumny się tak nie zostawia – syknął starszy. – Albo ktoś tu czegoś szukał, albo...
 Urwał. Delikatnie pchnął wieko. Zaskrzypiało przeciągle, jakby protestowało przeciw ujawnieniu tajemnicy, którą kryło przez lata.
  W środku leżało ciało. Mężczyzna. Ubrany współcześnie, ciemny płaszcz, sweter pod szyję, dżinsy. Ręce splecione nienaturalnie na piersi. Twarz spokojna, choć nieobecna. Zimna. Blada, lecz nie rozkładająca się, śmierć była świeża. Zbyt świeża.
– O Boże... – wyszeptał jeden z nich.
  Gdy odsunęli wieko dalej, ukazała się kolejna warstwa. Pod świeżym ciałem, niemal przygnieciony jego ciężarem, leżał szkielet, człowiek z innej epoki. Ułożony w tej samej pozycji, w rozpadającym się ubraniu z czasów galicyjskich. Na szyi zwisał medalik, do guzika przymocowany był fragment pożółkłego papieru, jakby ktoś chciał pozostawić wiadomość... lub przestrogę.
Dwóch zmarłych. Jedna trumna. Nowy lokator i ten, który miał tu spoczywać na zawsze.

 Komisarz

  Policyjny Opel zatrzymał się przy starym cmentarnym murze. Wysiadł z niego Adam Lorenz, komisarz z wydziału kryminalnego, mężczyzna o spojrzeniu, które widziało zbyt wiele i zapomniało, jak się dziwić. Poprawił kołnierz płaszcza i przez moment stał w miejscu, pozwalając chłodowi przeniknąć materiał i dotknąć skóry, tak jakby chciał poczuć, z czym dziś będzie miał do czynienia.
 Powietrze miało znajomy zapach. Gęste od wilgoci, nasiąknięte starością, przesycone czymś trudnym do nazwania. To był ten szczególny aromat, zapach śmierci. Nie świeżej, nie brutalnej, ale tej starszej, zakurzonej, zapomnianej. Lorenz znał go aż za dobrze.

  Minął dwóch funkcjonariuszy stojących przy policyjnej taśmie. Obok wejścia do krypty stali robotnicy, jeden z nich, młody, o czerwonych dłoniach, ściskał czapkę z daszkiem jakby trzymał w niej coś cennego lub grzesznego.
— My tylko mieliśmy sprawdzić, panie komisarzu... – powiedział nerwowo. – Stan murów, wentylację, zabezpieczenia. Nic nie ruszaliśmy, słowo daję.
 Lorenz spojrzał mu prosto w oczy. Bez złości, ale i bez cienia łagodności.
— Kto zlecił prace?
— Zarząd cmentarza. Podobno jakiś potomek rodziny... z zagranicy. Mówił, że chce odnowić kryptę przodków. Podobno rodzina pochowana tu od pokoleń.
  Komisarz przytaknął i powoli zszedł po schodkach. Latarka w jego dłoni drżała lekko, rzucając snopy światła na ceglane ściany, zardzewiałe zawiasy i ciężkie drzwi, które wydawały się pamiętać więcej niż niejeden człowiek.
 Wnętrze przypominało zatrzymany kadr z czarno-białego filmu: martwa przestrzeń bez czasu, bez dźwięku. Ściany zroszone wilgocią. Metalowe elementy, oksydowane, nieme. Trumny ustawione w rzędzie jak aktorzy po zakończeniu spektaklu. Najstarsza z nich była otwarta. Ciało, które niedawno tam leżało, zostało już zabrane przez techników. Ale obok, przykryty tylko cienką warstwą kurzu i wieków, spoczywał szkielet. Nietknięty. Milczący świadek.
  Lorenz zamarł. Nie lubił takich spraw. Były zbyt ciche. Zbyt osobiste. Ale coś w tej ciszy było inne. Głębsze. Jakby nie tylko śmierć kazała milczeć temu miejscu ale też coś, co nigdy nie miało ujrzeć światła dnia.
  Wyszedł z powrotem na powierzchnię i podszedł do lekarza sądowego, który stał z boku z rękami w kieszeniach fartucha, wpatrzony w poranne mgły snujące się nad alejkami.
— Co mamy? — rzucił Lorenz.
— Mężczyzna, lat około pięćdziesięciu. Zgon między pięć a siedem dni temu. Bez dokumentów, brak widocznych ran. Dopiero sekcja coś pokaże. Ale jedna rzecz mnie niepokoi, skóra. Nietknięta wilgocią. Jakby ciało włożono tam dopiero co. Świeże.
 Lorenz spojrzał w głąb nekropolii. Mgła, zamiast się rozwiewać, jakby zacieśniała kręgi. Przylgnęła do nagrobków, do drzew, do samego cmentarza jakby broniła tajemnicy, którą jeszcze nie zdążyła wydać.
— Czyli ktoś go tu po prostu... położył? — zapytał cicho.
— Tak to wygląda. I najwyraźniej nie wiedział, że lada dzień miała zacząć się renowacja. Gdyby nie to... może nigdy byśmy go nie znaleźli.
— A ten potomek? Ten z zagranicy?
 Przysłał pismo przez kancelarię. Twierdzi, że „odrestaurowuje pamięć o przodkach”. Zlecenie wpłynęło tydzień temu.
— Twarz denata nieznana?
— Sprawdzamy odciski, ale... coś mi mówi, że to nie będzie proste.
Lorenz przymrużył oczy i odwrócił się w stronę robotników.
— Nigdy wcześniej go nie widzieliście?
— Nie — odpowiedzieli niemal jednocześnie. — Ani tu, ani gdzie indziej.
— Drzwi do krypty były zamknięte?
— Były. Ale zamek stary. Można było dorobić klucz... albo otworzyć bez klucza.
  Lorenz milczał przez chwilę. Słuchał ciszy. W tej pracy nauczył się, że niektóre odpowiedzi nie padają w słowach ale w tym, co zostaje pomiędzy nimi. Wszystko w tym miejscu mówiło mu jedno: nikt nie chowa zmarłego w zapomnianej krypcie przez przypadek. A jeśli to nie był przypadek, to był plan. I ktoś ten plan właśnie zaczął realizować.

                                   ------------------------------------------

Kamień, który przemawia

  Jeszcze tego samego dnia, w chłodnym pokoju przesłuchań, który tymczasowo pełnił funkcję ich biura, Maja siedziała pochylona nad ekranem komputera. Dłoń miała nieruchomą, palce sunęły po klawiaturze niemal bezgłośnie.
  Na zewnątrz zapadał zmierzch. Słońce odbijało się w szybie niczym pożegnanie dnia, który znów nie przyniósł odpowiedzi.
— Posłuchaj, Adam — odezwała się w końcu, nie odrywając wzroku od ekranu. — Kamień Mowy. Po łacinie Lapis Loquens. Pojawia się w kilku dokumentach powiązanych z lożą Virtus et Silentium. Nie chodziło o zwykły artefakt. To prawdopodobnie był czarny onyks albo obsydian. Ale nie o kamień tu chodzi. Chodzi o to, co skrywał.
Lorenz uniósł brwi. Przerwał notowanie.
— Skrywał?
— Mechanizm — odpowiedziała, głosem cichym, ale pewnym. — Według legendy… wewnątrz ukryto XIX-wieczny fonograf. Prosty cylinder dźwiękowy, sprytnie zakamuflowany jako relikwia. Kamień nie tylko wyglądał symbolicznie. On dosłownie przemawiał.
Lorenz zmarszczył brwi.
— Mówisz o nagraniu?
— Tak. Rzekomo głos jednego z Wielkich Mistrzów. Wystarczyło dotknąć konkretnego punktu, a mechanizm się uruchamiał. Stąd nazwa: Kamień Mowy.
— I co mówił?
Maja spojrzała mu prosto w oczy. Jej spojrzenie było inne niż zwykle jakby widziała coś, czego nie chciała powiedzieć na głos.
— Nikt tego nie wie. Ale istnieją pogłoski. Że zawierał nazwiska zdrajców. Szczegóły rytuałów. A może… informacje kompromitujące ważne postacie z tamtej epoki. Takie, których nazwiska przetrwały albo powinny zniknąć.
 W pokoju zapanowała cisza. Tylko zegar na ścianie wybijał sekundy, jak odliczanie.
— Jeśli ktoś naprawdę wierzy, że Kamień Mowy przetrwał… — odezwał się Lorenz cicho — to motyw do morderstwa staje się wyjątkowo jasny.
Maja skinęła głową. Jej dłoń zacisnęła się na długopisie.
— Burski go szukał a Kramarz mógł go odnaleźć. Kulesza pewnie wie, gdzie patrzeć. Ale ktoś… ktoś był szybszy.
— Albo brutalniejszy — dodał Lorenz, wstając. Zaczął chodzić po pokoju wolnym krokiem, jakby próbował ułożyć elementy tej układanki nie tylko w głowie, ale i w przestrzeni.
  Maja spojrzała na swoje notatki, potem na ekran. Na monitorze pojawiły się kolejne nazwiska: Kulesza. Kramarz. Burski. Goldbaum. Zatrzymała się.
— Musimy założyć, że jest ktoś jeszcze. Może potomek może kolekcjoner ale ktoś, kto wie, czego szuka. Ktoś, kto ma środki, by usuwać przeszkody i ludzi.
Lorenz sięgnął po telefon.
— Prześledźmy wszystkie transakcje antykwaryczne i kolekcjonerskie z ostatnich lat. Jeśli Kamień pojawił się na rynku, nawet pod inną nazwą… coś po sobie zostawił. Ślad, katalog, zlecenie transportu. Cokolwiek.
— Może nikt nie wiedział, czym naprawdę jest — mruknęła Maja. — Albo wiedział aż za dobrze. I teraz go ma. A my tylko odgrzebujemy ślady czegoś, co już się wydarzyło.
 Lorenz zatrzymał się. W jego oczach pojawił się błysk  nie tylko determinacji, ale też… lęku? Może przeczucia, że są już o krok za późno.
— Jeśli Kamień Mowy istnieje… może być kluczem. Do loży, do motywu, do całej sprawy.
 Maja nie odpowiedziała od razu. Jej wzrok znów wrócił do monitora.
— Ale gdzie go szukać?
 Lorenz usiadł naprzeciwko niej. Jego twarz była skupiona.
— Wspomniałaś dziś o dwóch miejscach, których jeszcze nie sprawdziliśmy.
Maja sięgnęła po mapę i rozwinęła ją na stole.
— Podziemia klasztoru augustianów przy Skałce. Według dawnych planów mogły łączyć się z siecią tuneli pod całym Starym Miastem. Jeśli loża miała dostęp… mogli tam ukryć wszystko. Dosłownie wszystko.
— Nikt nas tam nie wpuści z marszu.
— Może konserwator zabytków? Uczelnia? Współpraca z Instytutem Archeologii?
— Albo my, jako policja prowadząca śledztwo w sprawie morderstwa — rzucił z lekkim uśmiechem Lorenz. — Przestępstwo otwiera wiele drzwi, które historia zamknęła.
— Zakon i tak będzie niechętny. Augustianie to wspólnota zamknięta, rytualna. Cenią ciszę, równowagę. Trzeba działać z wyczuciem. I pokorą.
Lorenz zapisał coś w notesie. Przez chwilę milczał.
— A druga sprawa to Karol Greczner. Profesor, historyk. Miał związki z Kuleszą. Prowadził własne badania nad lożami nieformalnymi, niezarejestrowanymi.
— Zmarł kilka lat temu — potwierdziła Maja. — Ale może rodzina coś przechowała. Notatki, dzienniki, koperty, których nie zdążył otworzyć.
— Jeśli wiedział o Kamieniu, mógł próbować go zabezpieczyć. Dla badaczy, dla siebie albo… dla tych, którzy zrobili to wszystko.
Maja zanotowała nazwisko. Podkreśliła je dwa razy.
— Musimy odnaleźć jego rodzinę. Syn? Wnuk? Może wdowa?
— Ja to sprawdzę — powiedział Lorenz. — Ty uderz do archiwów Uniwersytetu Jagiellońskiego. Może są tam jego teczki, granty, indeksy lub rękopisy.
Zapadła cisza.
Maja spojrzała na Lorenza z napięciem, które wcześniej tylko ukrywała.
— Wiesz, co mnie naprawdę niepokoi?
— Co takiego?
— Jeśli wszyscy, którzy wiedzieli, giną… to może Kamień już został odnaleziony. I ktoś właśnie usuwa świadków. Metodycznie i skutecznie.
Lorenz podszedł bliżej. Ich spojrzenia spotkały się na  krótko, ale z pełnym zrozumieniem. Już nie było pytania, czy są w niebezpieczeństwie. Było tylko: kiedy.
— To znaczy — powiedział cicho Lorenz — że mamy coraz mniej czasu.

                           -----------------------------------------------

Jeżeli zainteresowały Cię te fragmenty i jesteś ciekawy co była miedzy nimi i jak skończyła się ta powieść (o ile się skończyła) to proponuję zakup tego ebooka (linki na początku posta).



Brak komentarzy:

Prześlij komentarz