Nabór
Wszystko zaczęło się od ogłoszenia, które rzucono w eter,
jakby przez przypadek, między komunikatem o planowanej przerwie w dostawie wody
a wywiadem z ministrem ds. równowagi strategicznej.
"RZĄD POSZUKUJE: Konsultanta ds. marzeń ściętej
głowy. Wymagania: brak zdrowego rozsądku, kreatywne podejście do absurdu, empatia
granicząca z telepatią. Wynagrodzenie: nie do powiedzenia."
W tej samej chwili, gdzieś na trzecim piętrze starej
kamienicy, Konstanty Fikus wypuszczał z ust parę kawy rozpuszczalnej. Przez
ostatnie trzy lata był zatrudniony jako tester ergonomii przycisków w
automatach do biletów. Praca cicha, stabilna i kompletnie pozbawiona sensu.
Ale to ogłoszenie... miało w sobie melodię.
Anatol ubrał się w garnitur, który zawsze wyglądał na
nieco zbyt entuzjastyczny, i ruszył w stronę urzędu, w którym rekrutowano do
zadań specjalnych. Po drodze spotkał kobietę, która uważała się za sowę, i
dziecko, które twierdziło, że jest czasem.
Przy stole rekrutacyjnym siedział mężczyzna w wieku
trudnym do określenia, z brodą tak logiczną, że sama się układała w sylaby.
– Imię?
– Konstanty Fikus.
– Wykształcenie?
– Zrezygnowane. Ale piękne w swojej niedoskonałości.
Rekruter spojrzał na niego przez okulary, które nie miały
szkieł.
– Doskonale. Wystarczy.
Anatol został zatrudniony.
Następnego dnia dostał biurko, które się obracało, choć
nikt go o to nie prosił. Na ścianie wisiał portret kobiety w kapeluszu, która
zmieniała wyraz twarzy w zależności od pory dnia. Obok stał telefon, który
nigdy nie dzwonił, ale czasem szeptał.
Pierwszy interesant przyszedł po godzinie. Był to pan
Ryszard z Zambrowa, który chciał nauczyć swoją papugę grać na akordeonie, aby
zaimponować swojej byłej, teraz weterynarce.
Anatol spojrzał mu głęboko w oczy.
– Czy papuga ma imię?
– Henryk.
– Zaczniemy od utworów klasycznych. Chopin? Za dużo
patosu. Proponuję disco polo.
Ryszard zapisał wszystko z nabożeństwem.
– I proszę kupić papudze okulary. Będzie jej łatwiej
wziąć pana poważnie.
Poranek w gmachu Ministerstwa Rozwoju Absurdalnych
Pragnień zaczął się jak każdy inny czyli zupełnie nienormalnie. Na korytarzu
B, tuż obok pokoju do medytacji międzywymiarowej i kantorka z kapsułami
kofeinowymi w kształcie Platona, zebrali się nowi petenci. Pani z głową w
chmurach (dosłownie, bo nosiła wielki, szeleszczący kapelusz z waty cukrowej),
pan, który chciał zostać zawodowym niewidzialnym klaunem, i młoda dziewczyna z
zamiarem zostania alchemią.
Przy biurku numer 7 siedział Konstanty Fikus. Konsultant
ds. Marzeń Ściętej Głowy. Był ubrany w garnitur, który z daleka wyglądał
normalnie, ale z bliska okazywał się pokryty drobnym, ruchomym wzorem z cytatów
z baśni i instrukcji obsługi kuchenki mikrofalowej. Na nosie miał okulary bez
szkieł, a w kieszeni notatnik, który pisał sam, jeśli się go uprzejmie
poprosiło.
— Numer siedem! — zawołał urzędowym tonem, który
przypominał śpiew operowy połączony z westchnieniem staruszki.
Do środka weszła młoda kobieta w kurtce obszytej
marzeniami. Przynajmniej tak twierdziła jej koszulka: „Moje marzenia są
podszyte nadzieją, ale zszyte ręcznie przez rozczarowanie.”
— Proszę usiąść — powiedział Konstanty, wskazując
krzesło, które natychmiast dostosowało się do emocjonalnej aury petentki.
— Dzień dobry. Nazywam się Lucyna. I… mam marzenie.
— Doskonale — ucieszył się Fikus, otwierając notatnik,
który natychmiast zanotował „Lucyna: przypadek liryczny z nutą niedowierzania”.
— Chcę zostać... śpiewającą biblioteką.
— Całą biblioteką? — dopytał konsultant.
— Tak. Nie bibliotekarką. Biblioteką. Z półkami,
okładkami i chórem recytującym opisy wydawnicze. Chcę, by ludzie przychodzili,
siadali we mnie i czuli, że każde słowo ich rozumie.
Konstanty spojrzał na nią z powagą, jaką można przybrać
tylko wtedy, gdy całe życie spędziło się na mierzeniu niemierzalnego.
— Pani Lucyno — powiedział cicho — to jedno z
piękniejszych marzeń, jakie słyszałem od wtorku. Ale zanim przystąpimy do
realizacji, zadam kilka standardowych pytań. Czy ma pani alergię na metafory?
Lucyna pokręciła głową.
— Czy jest pani gotowa na to, że stanie się miejscem, w
którym inni będą szukać siebie?
— Tak.
— Czy potrafi pani mówić językiem alfabetu Braille’a,
jeśli zajdzie potrzeba?
— Jeszcze nie, ale mogę się nauczyć.
— Świetnie. Zatem… zakwalifikowana.
Złapał pióro, które wyglądało, jakby raz było gęsią, raz
dronem, i zanotował coś w systemie. Po sekundzie komputer wypluł kartkę z
napisem: „Przydzielona do programu "Inkarnacje literackie". Kategoria:
Przestrzeń Emocjonalna Otwarto-Dostępna.”
Lucyna wyszła, a Konstanty Fikus
uśmiechnął się do siebie. Czasem wystarczyło tylko potraktować absurd z
wystarczającą powagą, by zaczął działać jak logiczne równanie.
Do jego drzwi już pukał kolejny petent, emerytowany
dentysta, który chciał zostać wspomnieniem z dzieciństwa.
Kolejny zwykły dzień w Biurze Niewiarygodnych Możliwości.
Korytarz na piątym piętrze ministerstwa miał to do
siebie, że się nie kończył. Przynajmniej nie w sposób ostateczny. Zgodnie z
oficjalnym komunikatem, „zakończenie korytarza znajduje się w sferze
potencjalności i powinno być traktowane jako stan umowny”. Niemniej, gdzieś w
jego środku, tam, gdzie kserokopiarka filozoficzna rozważała własną istotę, siedział na wytartym fotelu mężczyzna w średnim wieku z teczką na kolanach.
Nazywał się Artur Piskorz. Z zawodu był księgowym. Z
powołania, marzycielem o niskim poziomie samozgody.
— Numer trzynaście — zagrzmiał z oddali głos Konstantego
Fikusa, choć żadne drzwi się nie otworzyły. Artur wszedł do gabinetu bardziej z
poczucia obowiązku niż wiary, że cokolwiek się wydarzy.
— Dzień dobry, panie Piskorz. Czym mogę dziś pomóc
pańskiemu marzeniu?
Artur zawahał się. Wyciągnął z teczki kartkę, przetartą,
pomiętą, zapisaną drobnym pismem i poprawianą długopisem, ołówkiem i kredką.
— Chciałbym… zniknąć.
— Fizycznie?
— Nie. Znaczy… tak, ale nie dosłownie. Chciałbym się stać
kimś, kogo nikt się nie spodziewa. Kimś, kto jest, ale nie przeszkadza. Kto
może być w pokoju i nikt nie poczuje się oceniany. Kimś, kto nie musi nic udowadniać.
Jak wygodne milczenie. Albo kot, który nie ocenia, że znów zjadasz obiad nad
zlewem.
Fikus westchnął z uznaniem.
— Piękna metafora. Ciche istnienie jako forma buntu wobec
nadekspozycji. To się dziś bardzo ceni.
Zapisał coś w systemie.
— Mamy wolne miejsca w programie „Teleportacja
Wewnętrzna”. To rozwiązanie dla osób, które nie chcą zmieniać miejsca w
przestrzeni, tylko przemieszczać się w warstwach swojej nieobecności.
Artur wyglądał na zdezorientowanego, co Fikus uznał za
znak gotowości.
— To nie będzie łatwe — powiedział. — Będzie pan musiał
nauczyć się znikać z rozmów, zanim się zaczną, oraz być obecnym tylko wtedy,
gdy to naprawdę potrzebne. Do tego dochodzi trening z „neutralnym tonem głosu”
i „spojrzeniem, które nie zmusza do odpowiedzi”.
— A czy potem… ktoś mnie znajdzie?
— Jeśli trzeba — odparł Fikus z uśmiechem — znajdą. Ale
już nie jako tego, kim pan był. Tylko jako tego, kim pan się stał.
Drzwi się nie otworzyły. Artur po prostu… był już poza. W
sensie emocjonalnym.
Fikus spojrzał na ekran, który właśnie zasygnalizował
nowy przypadek: „Osoba, która chce zamieszkać w swoim marzeniu o przyszłości.”
Następna dusza do zszycia.
W końcu to był jego zawód: przywracać ludziom marzenia,
zanim znikną. Albo lepiej, zanim przestaną o nie pytać.
Dzień był pogodny, czyli niepokojąco statystyczny.
Konstanty Fikus siedział przy biurku z papierosem niepalącym w ustach (rekwizyt
relaksacyjny zgodny z ustawą o higienie absurdu), kiedy do gabinetu wjechał rowerzysta.
Dosłownie. Rower, czerwony, lekko obtarty, z siodełkiem pamiętającym czasy
późnego optymizmu, wtoczył się przez drzwi, których nie było.
— Przepraszam… ja z polecenia. Pan Grzegorz z grupy
„Niedoszli Alpiniści” mówił, że pomagacie tu w sprawach… trudnych.
— My nie pomagamy. My umożliwiamy — odparł Fikus,
odkładając nieistniejący dym. — Nazwisko?
— Igor Brożek. Z zawodu listonosz. Z pasji – rowerzysta.
I… podróżnik w marzeniu.
— Proszę mówić.
Igor stanął w rozkroku między śmiałością a zawstydzeniem.
Po chwili wyciągnął mapę.
— To jest trasa. Chciałem ją kiedyś przejechać. Od
Płońska do Kathmandu. Rowerem. Ale żona powiedziała, że nie mogę. Bo mamy
dzieci, kredyt, chomika z alergią i ogródek działkowy.
— I nie pojechał pan?
— Pojechałem. W środku głowy. Tylko że teraz… nie umiem z
tego wrócić. Codziennie jeżdżę do pracy, ale czuję, jakbym był gdzieś w
Azerbejdżanie. Nie wiem, gdzie kończy się moja droga, a zaczyna rzeczywistość.
Raz prawie zostawiłem listy w studni. I nie wiem, czy to była studnia, czy
słowo na „S” w Nepalu.
Fikus zmrużył oczy. Uderzył lekko w biurko, które
zareagowało westchnieniem.
— Panie Igorze, trafia pan w sedno. Zbyt wiele osób
zapomina, że niektóre wyprawy trzeba odbyć naprawdę. Inaczej zaczynają
przeciekać do codzienności. A przeciekające marzenie to bardzo groźna
substancja. Może rozpuścić nawet najtwardszą rutynę.
— Ale co ja mam zrobić? Nie mam już dwudziestu lat. Ani
wolnego. Ani paszportu.
— To nie przeszkadza — uśmiechnął się Fikus i otworzył
szufladę, z której wyjął… bilet. Stary, złożony, pachnący kurzem i możliwością.
— To jest bilet „na próbę”. Przejedzie pan tylko jeden dzień tej trasy.
Rzeczywiście. Bez wymówek. Jeden dzień marzenia na pełny etat. I potem
zdecyduje pan: wrócić, czy jechać dalej.
Igor spojrzał na bilet jak na relikwię. Jego dłoń
zadrżała.
— A co, jeśli nigdy nie wrócę?
— Wtedy stanie się pan legendą. A legendy, panie Igorze,
też są częścią urzędowego krajobrazu. Mamy na nie oddzielną teczkę. Obok
„niemożliwych przypadków” i „osób, które śniły za głośno”.
Rower zniknął tak, jak się pojawił, przez drzwi, których
nie było.
Fikus dopił kawę z filiżanki, której nigdy nie napełniał.
I spojrzał na następne nazwisko w systemie: „Jadwiga,
emerytka, lat 72, chce zostać gwiazdą rocka. Prawdziwą.”
Przypadek wymagający dwóch spinaczy i jednej metafory.
Ale to już był jego chleb powszedni. Z masłem z
wyobraźni.
Biuro było wyjątkowo ciche. Fikus sączył wywar z trzeciej
kawy, czyli tej, którą parzyło się już z czystego przyzwyczajenia, a nie z
potrzeby kofeiny. Kiedy drzwi (tym razem jak najbardziej realne) otworzyły się
i do środka weszła pani Jadwiga.
Miała siedemdziesiąt dwa lata, emeryturę po latach pracy
w księgowości i fryzurę tak uporządkowaną, że aż niepokojącą. Ubrana była w
wełniany płaszcz, torbę na kółkach i… ćwiekowaną ramoneskę, na której haftowano
kiedyś „Jaga ’69”.
— Ja przepraszam, bo nie wiem, czy to miejsce dla takich
jak ja — zaczęła, stając w progu.
— Dla takich jak pani? — zapytał Fikus, podnosząc wzrok
znad dokumentu zatytułowanego „Protokół marzeń nie do końca nielegalnych”.
— No takich... dojrzałych. Ja całe życie byłam rozsądna.
Dzieci, faktury, robienie gołąbków na niedzielę. Ale ostatnio, gdy prałam
firanki, coś mnie tknęło. Dosłownie, jakby prąd. Zrobiłam herbatę i puściłam
płytę mojej starej kapeli. The Błąd Systemowy. I nagle, między herbatnikiem a
imbirem, poczułam to: ja chcę stanąć na scenie. Śpiewać. Krzyczeć do mikrofonu.
W trampkach! Może nawet przekląć!
— Przekląć?
— No… „do licha” albo „motyla noga”. W moim wieku to już
coś.
Fikus skinął głową z uznaniem.
— Pani Jadwigo, ten przypadek kwalifikuje się do
procedury 5K: Kryzys, Kaprys, Katalizator, Konsekwencja i Koncert. Ma pani
pełne predyspozycje.
Wyciągnął szufladę, wyjął z niej urządzenie
przypominające megafon skrzyżowany z gruszką do nosa i… coś, co chyba kiedyś
było korkociągiem.
— To jest amplifikator marzeń. Prototyp. Zbierze pani
wszystkie swoje niewykrzyczane pragnienia, niespełnione tęsknoty, niespełnione
nadzieje i zamieni je w dźwięk. Prawdziwy. Z echem i refrenem.
— Ale ja nie umiem śpiewać!
— Śpiewać umieją nieliczni. Marzyć, tylko
najodważniejsi. A poza tym, punk rock to nie konkurs wokalny. To decyzja.
Jadwiga spojrzała na urządzenie jak na starego
przyjaciela z kolonii. Trzymała je w rękach z nabożnością.
— A co dalej?
— O godzinie 19:00 jest jam session na placu Zmarnowanych
Postanowień Noworocznych. Występują tam tylko ci, którzy się nie poddali.
Będzie tam pan Roman, który chciał zostać żonglerem nieścisłości. I Krysia,
która piecze ciasta inspirowane snami. Pani się wpasuje.
Fikus mrugnął. Jadwiga otworzyła usta. Zamknęła. A potem
wyszła – ramiona wyprostowane, ramoneska skrzypiała jak dawno nieużywana
gitara.
Ach, poniedziałki…
Bronek i kodeks absurdalny
Bronek pojawił się w Biurze Marzeń o dziewiątej rano,
punktualnie jak listonosz i z takim samym zapałem. Miał na sobie pelerynę z
zasłony prysznicowej, buty narciarskie (bo, jak sam mówił, „rycerz musi się
ślizgać po trudnym gruncie”) i przytroczony do pasa… czajnik elektryczny. W
ramach zbroi, oczywiście. W dłoni dzierżył kij od szczotki, przewiązany białą
bibułą. Na naklejce widniało: „Miecz Prawdy (model ekonomiczny)”.
Zanim Fikus zdążył go zaprosić do środka, Bronek wykonał
ukłon tak teatralny, że aż fikus doniczkowy w kącie opadł z liści.
— Przybywam z krainy Złamanego CV — oznajmił z dumą. —
Pragnę odzyskać honor utracony w bitwie o kredyt hipoteczny.
— Proszę usiąść, rycerzu... — Fikus rzucił okiem na kartę
zgłoszenia — Bronek. Jakie marzenie przynosi dziś pan w ofierze?
Bronek rozpiął pelerynę, spod której wysunęła się kartka
papieru, starannie złożona na cztery. Rozprostował ją z pietyzmem godnym
templariusza.
— Chcę zostać wędrownym rycerzem w czasach współczesnych.
Pragnę nieść ludziom wsparcie moralne, pomagać zagubionym w marketach, stawać w
obronie honoru w windach i walczyć z bezdusznością korporacyjnych procedur!
Fikus skinął głową z szacunkiem.
— A kodeks? Ma pan kodeks?
Bronek przytaknął gorliwie.
— Stworzyłem własny. Kodeks Absurdalny. Zasady są proste:
1.
Nie oceniaj zakupów bliźniego swego.
2.
Zawsze zostawaj do końca historii, nawet jeśli
to anegdota o kocie.
3.
Jeśli ktoś ziewa, ziewnij z nim. To znak
sojuszu dusz.
4.
W supermarkecie zawsze przepuszczaj tych z
jednym jogurtem.
Fikus zamilkł na chwilę. W końcu powiedział:
— Brzmi jak najbardziej humanistyczny manifest ostatnich
dekad. I jak zamierza pan go realizować?
— Mam wózek. Przerobiłem na mobilną kapliczkę. Są tam
cukierki na zgodę, chusteczki dla rozczarowanych i miejsce do siedzenia dla
sfrustrowanych urzędników.
Fikus wyjął z szuflady formularz specjalny. „Zlecenie
nierealne, kategoria: szlachetne wariactwo”.
— Bronek, niech pan podpisze tutaj. Odtąd będzie pan
oficjalnym konsultantem terenowym do spraw nadziei spontanicznej.
Bronek wstał, zasalutował czajnikiem i odmaszerował z
godnością, której nie powstydziłby się sam Don Kichot. A po drodze uratował
kobietę, która zaplątała się w foliową torbę przy wejściu do apteki. Zrobił to
słowem.
Fikus, popijając kawę z kubka w kształcie chmury,
uśmiechnął się lekko.
Na dziś zostało tylko jedno zgłoszenie.
I właśnie z takimi przypadkami lubił pracować
najbardziej.
Dzień zbliżał się ku końcowi. Miasto zmieniało tonację z
betonu na róż, światło przesączało się przez smog jak herbata przez bibułkę. W
Biurze Marzeń panował półmrok, przerywany cichym klikaniem projektora nad
biurkiem Fikusa. Na ścianie odbijała się prezentacja zatytułowana:
„Nieoczywiste sukcesy, raport kwartalny”. Pod spodem wykres: liczba marzeń
zrealizowanych przez przypadek wzrosła o 37%.
Wtedy weszła Ona.
Nie miała imienia. A może miała, tylko zostawiła je
gdzieś po drodze między zmywarką a notatnikiem z listą obowiązków. Miała na
sobie kurtkę, której nie planowała dziś zakładać, i włosy związane w coś, co
można było nazwać "buntem fryzjerskim". W dłoniach, puste ręce.
Zgłoszenie wypełniła cyfrowo. Hasło: „Nie wiem, ale boli, że nie wiem.”
Fikus spojrzał na nią z życzliwością zmieszaną z
ciekawością.
— Proszę usiąść. Jak się pani czuje?
— Jak pytanie bez znaku zapytania. Jak… winda, która
jeździ tylko w bok. Jak sen o lataniu, ale bez startu.
Zamilkli. Po chwili Fikus sięgnął do szuflady i wyjął
cienką kopertę. Położył ją na stole. Była pusta.
— To dla pani — powiedział cicho.
Kobieta uniosła brwi. — To żart?
— W żadnym razie. To jest miejsce. Przestrzeń. Próżnia na
coś, czego pani jeszcze nie nazwała. Ale już to nosi.
— Mam wypełnić pustą kopertę?
— Nie. Ma ją pani zatrzymać. I nie próbować natychmiast
wypełnić. Pustka też jest potrzebna. Żeby zmieściło się to, co jeszcze nie
gotowe.
Kobieta wzięła kopertę jakby ważyła więcej niż powinna.
Przez chwilę wpatrywała się w nią, potem westchnęła i schowała do torby.
— A jeśli nic się w niej nie pojawi?
— To znaczy, że już się pojawiło. Brak to przecież też
jakiś kształt.
Wyszła bez słowa. Ale z trochę lżejszym krokiem.
Gdy drzwi zamknęły się za nią, Fikus wstał, przeciągnął
się i wyjął z kieszeni klucz. Stary, metalowy, od czasu. Przekręcił go w
niewidocznej dziurce w ścianie. Biuro zadrżało.
Wszystkie zgłoszenia z dnia zamieniły się w papierowe
origami: statek, motyla, balonik, kubek na herbatę. Uniosły się powoli w
powietrzu i wypłynęły przez okno jak stado spokojnych, absurdalnie spokojnych
nadziei.
Na zewnątrz nikt nie widział tej chwili, bo właśnie padał
deszcz czekoladowych listków. Zjawisko niecodzienne, ale kto by się teraz
przejmował.
Fikus zamknął drzwi i zawiesił na nich tabliczkę:
„Nieczynne z powodu marzenia.”
A to był właśnie jego zawód.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz