piątek, 27 marca 2026

"Któż opisze twoje piękno Krakowie prastary" tom III

  Ebook ten, podobnie jak inne tomy, stanowi zbiór publikacji poświęconych dziejom Krakowa na przestrzeni wieków. Skupiłem się na opisie miasta od momentu jego założenia aż do końca XIX stulecia. Zakres opracowania ograniczyłem do obszaru średniowiecznego Krakowa, czyli terenu wyznaczonego dzisiejszymi Plantami, w miejscu których niegdyś wznosiły się mury obronne.

Zgromadzone materiały pochodzą z artykułów prasowych oraz książek wydanych około sto lat temu. Zachowano ich oryginalny język i pisownię, co może niekiedy utrudniać lekturę, ponieważ pojawiają się w nich słowa i zwroty dziś już rzadko używane. Wszystkie ilustracje, rysunki i fotografie zaczerpnięto ze źródeł ogólnodostępnych.

Ebook ten jak i pozostałe jego napisane do tej pory tomy a także inne ebooki można nabyć w moim sklepie w Payhip oraz Naffy.


Za fasadami kamienic i za zielonym pasem Plant kryje się Kraków, którego dziś prawie nie pamiętamy – miasto rządzone statutami, pieniądzem, sądami i przywilejami królewskimi.

To trzeci tom serii poświęconej dawnej stolicy, tym razem skupiony na mechanizmach, które sprawiały, że Kraków funkcjonował nie jako zbiór ulic, ale jako żywy, oddychający organizm miejski. Poznaj:

🔹 Władze miasta od rajców po ławników,
🔹 Podział administracyjny, który kształtował codzienność mieszkańców,
🔹 Sądownictwo, gdzie sprawiedliwość często ważyła tyle, co złoto,
🔹 Finanse miejskie – skąd brały się pieniądze na mury, baszty… i procesy,
🔹 Przywileje królewskie, które czyniły Kraków wyjątkowym w Europie,
🔹 Przedmieścia, rzeki, stawy i powstanie Plant, które zastąpiły średniowieczne mury.

Wszystko oparte na oryginalnych źródłach XIX-wiecznych od lat 40. po schyłek stulecia. Zachowano język, styl i pisownię epoki, byś mógł słuchać głosów dawnych kronikarzy i historyków tak, jak brzmiały w swoim czasie. Każdy rozdział to osobna podróż w innym tonie, z innym akcentem, ale zawsze w sercu dawnej Rzeczypospolitej.

Choć to tom trzeci, możesz czytać go zupełnie niezależnie – każdy ebook w tej serii to samodzielny, zamknięty fragment historii, gotowy do odkrycia.

Dla kogo ten tom?
- Dla tych, którzy chcą zrozumieć, jak działało miasto, nie tylko jak wyglądało.
- Dla miłośników prawa, gospodarki i codzienności dawnych czasów.
- Dla każdego, kto wierzy, że prawdziwa historia Krakowa kryje się nie tylko w murach – ale w księgach rachunkowych, statutach i królewskich bullach.

Wejdź za kulisę dawnej stolicy, tam, gdzie decydowano o losach miasta, zanim jeszcze turysta zrobił pierwsze zdjęcie na Rynku.

Ebook liczy 250 stron i jest w formacie PDF.

                     ---------------------------------------------------

Część VII - Władze miasta

Do 1312 roku powoływany był przez księcia do zarządzania sprawami miasta wójt tudzież wybranych kilku rajców i ławników, którzy wykonywali sądownictwo. Godności urzędowe tych zwierzchników były dożywotnie. Niebawem wyłoniły się z władzy rajców i ławników dwa urzędy tj. urząd radziecki i urząd wójtowsko-ławniczy. Po buncie wójta Alberta w 1312 roku mieszczaństwo niemieckie, dotąd jedynie rządzące, straciło swe przemożne znaczenie. wtedy to ustał wolny wybór rajców a ich mianowanie spoczęło w rękach królewskich. Od połowy XIV wieku rajców miejskich wybierał wojewoda na mocy nadanego mu królewskiego przywileju. Stan ten trwał do roku 1677, w którym rada miejska otrzymała od króla Jana III Sobieskiego dawniejsze prawo wolnej elekcyi rajców, kiedy brakującą liczbę trzeba było uzupełnić.

Urząd radziecki, Rada Miasta

Urząd radziecki, Rada Miejska – składała się początkowo z sześciu, potem z ośmiu, z 24 dożywotnich rajców, a ta cyfra od r. 1656 stała się prawem.

Urząd radziecki zajmował się zapisami zobowiązań dłużniczych, rękojemstwa, sprzedaży i kupna domów i kamienic (domy z kamienia czyli murowane), sprawami opiekuńczemi, przyjmuje zeznania o prawnych następstwach. Przechowywa w depozycie pieniądze i testamenty mieszczan, spisywane w obecności trzech rajców, a po śmierci testatora każe je wpisywać do ksiąg miejskich. Zwykle testamenty rajców i patrycyuszów wpisuje się do ksiąg radzieckich, a testamenty innych mieszczan do ksiąg ławniczych. Urząd radziecki czuwa nad stosunkami handlowymi i rzemieślniczymi, czuwa nad moralnością publiczną. W czynność rady wchodzi zakres policyi miejskiej, cała gospodarka miejska prowadzona na własną rękę we wszystkich szczegółach i cały zarząd skarbowy miasta, jak gospodarcze wydatki na urzędników, służbę i własne budynki, wypłata i ściąganie czynszów, pobieranie miejskich dochodów i ceł własnych i dzierżawionych, lub też ich wypuszczanie w dzierżawę, zwykle rajcom miejskim i bogatym patrycyuszom. Te dzierżawy, również i dzierżawy pól, domów, ogrodów i przedsiębiorstw miejskich, jak cegielni własnej, młynów, kamieniołomów itp. ułatwiały prowadzenie ekonomii miejskiej, a służyły zarazem do wzrostu majątku i za tem idącego znaczenia rajców, ich synów, krewnych i wdów. Było to też jakby wynagrodzenie za pracę rajców oddaną na usługi miasta – a właściwie cichym uprzywilejowaniem patrycyuszów krakowskich.
Słowem atrybucyą rady w ekonomii miejskiej było odbieranie wszelkich dochodów i opędzanie wszelkich wydatków i potrzeb "i cała, samodzielne źródła otwierająca i potrzebom wedle własnego zdania zadość czyniąca finansowa gospodarka miasta".

Miejscem urzędowem rady miejskiej jest ratusz, to główne ognisko do wszystkich spraw ówczesnych miast. Kancelarya miejska była tuz przy boku burmistrza, a w niej zawsze pisarz miejski, urzędnik o wyższem wykształceniu ogólnem i prawniczym, władający językiem polskim, niemieckim i łacińskim. Językiem urzędowym był do końca XVIII wieku łaciński i chociaż zeznania i wszelkie czynności stron przyjmowano w języku polskim lub w niemieckim i w takim zapisywano je do ksiąg miejskich, przecież wszystkie urzędowe klauzule itp. były pisane w języku łacińskim. Księgi miejskie, w które wszystkie sprawy wpisywano, były przechowywane w kancelaryi w okratowanej żelaznej wielkiej klatce, w wieży ratusznej na pierwszym piętrze.

                                        -----------------------------------------------

Część XII - Przedmieścia

Sprawa przedmieść Krakowa, ich nazw, obszarów i pojedynczych w nich części i miejscowości jest niełatwą do rozwikłania. Przedewszystkiem pojęcie przedmieścia nie było zdaje się ustalone. Jedne przedmieścia (Kleparz, Barbary czyli Piasek) miały przyznane sobie właściwości i prawa miast odrębnych, z ratuszem i radą gminną; inne (jurydyki) były własnością instytucyj duchownych lub prywatną i podlegały osobnemu sądownictwu prywatnemu; inne wreszcie były poprostu wsiami należącemi do miasta, albo nawet tylko blisko z niem sąsiadującemi i za część jego składową uważanemi. Te różne kategorje nie zawsze dadzą się określić i rozróżnić, co do wielu części Krakowa jedna kategorja z czasem przechodzi w drugą, a zdaje się, że i granice tych części i miejscowości były niezbyt stałe i nie zawsze ściśle sobie z nich zdawano sprawę, bodaj nawet w zarządzeniach i aktach urzędowych. Zabudowanie też tych przedmieść nie odbywało się według wykreślonego z góry (jak w śródmieściu Krakowa i na Kazimierzu) planu, lecz stosowało się do starych dróg komunikacyjnych pod Krakowem, czasem może, było wynikiem woli czy fantazji prywatnej, czasem niemal przypadku.

 Różnemi czasy jako jurydyki (wyjęte z pod juryzdykcji miejskiej) dokoła śródmieścia występują:

Na angielskiem (Radziwiłłowskie), Biskupie, Brzeg miejski, Czarna ulica, Czarna wieś, za ś. Florjanem na Kleparzu (Błonie), Garbarze, Gramatyka, Groble albo jurydyka Tarłowska, Krowodrza, Krupniki, Lubicz, Łobzów, Morsztynowskie, Nowa wieś, Nowy świat, Ogrodniki, Pędzichów, Rybaki-Podzamcze, Retoryka (Ossolińszczyzna), Szlak, Smoleńsk, Stradom, Wygoda, Żydowskie miasto (część Kazimierza).

 Grabowski wymienia nazwy różnych części i miejscowości przedmiejskich z XVIII w., spisane w następującym porządku:

 Miasta: Kazimierz i Kleparz.

 Przedmieścia: Lubicz, Wesoła, Biskupie, Garbarze czyli Piasek, Nowy Świat, Smoleńsko, Świnia Krzywda (za ul. Długą i Pędzichowem), Podzamcze, Żydowskie miasto (część Kazimierza), domki ś. Florjana, domki ś. Mikołaja, domki ś. Krzyża, Retoryka, Gramatyka, grunta JW. Tarła na Wesołej.

 Krowodrza, Błonie, Czarna wieś, Pędzichów, Łobzów, «Barcie stajnie», Nowa wieś, Wygoda.

 Spis ten nie jest ścisły i potrzebuje komentarza. Uwzględnia obok siebie nazwy nie współczesne sobie, lecz z różnych wieków pochodzące. Z biegiem lat jedne z nich znikały, inne nowo powstawały. Zestawiono w nim nazwy istotnych przedmieść, czyli dzielnic przedmieścia, z pojedyńczemi posiadłościami, jak jurydyki lub grupy zabudowań, realności prywatne, wsi. «żydowskie miasto» jest niczem innem jak tylko wschodnio-północnym kwartałem między ulicami Kazimierza, tworzącym osobną jurydykę. «Barcie stajnie» zdaje się dawno utraciły tę nazwę i wogóle tak rzadko występują, że nie wiemy, gdzie ich dziś szukać. «Błonie» to pastwiska na północ od dzisiejszego Pędzichowa, z któremi częściej w dawnych wiekach pod tą nazwą się spotykamy. Składały się one z dwóch osobnych partyj. Tam także była dziś zapomniana «Świnia Krzywda» na końcu dzisiejszej ul. Pędzichów. O «Gruntach JW. Tarła na Wesołej» nie wiemy, znana tylko jest z dawnych wieków jurydyka Tarłowska na Groblach.

Poniżej zajmiemy się temi częściami i miejscowościami przedmiejskiemi, rozłożonemi pomiędzy dzielnice dzisiejsze i w porządku tych dzielnic, oraz ulicami w tych dzielnicach, według przyjętej obecnie kolei spisów domów m. Krakowa i przedmieść jego.

 


 


środa, 25 marca 2026

"Któż opisze twoje piękno Krakowie prastary" tom II

  Ebook ten, podobnie jak inne tomy, stanowi zbiór publikacji poświęconych dziejom Krakowa na przestrzeni wieków. Skupiłem się na opisie miasta od momentu jego założenia aż do końca XIX stulecia. Zakres opracowania ograniczyłem do obszaru średniowiecznego Krakowa, czyli terenu wyznaczonego dzisiejszymi Plantami, w miejscu których niegdyś wznosiły się mury obronne.

Zgromadzone materiały pochodzą z artykułów prasowych oraz książek wydanych około sto lat temu. Zachowano ich oryginalny język i pisownię, co może niekiedy utrudniać lekturę, ponieważ pojawiają się w nich słowa i zwroty dziś już rzadko używane. Wszystkie ilustracje, rysunki i fotografie zaczerpnięto ze źródeł ogólnodostępnych.

Niniejszy tom poświęcony jest ulicom i kamienicom Starego Miasta. W kolejnych częściach znajdą się opisy Rynku, uniwersytetu, dawnego sądownictwa, kościołów, przedmieść, przywilejów oraz wielu innych interesujących zagadnień. Mam nadzieję, że zbiór ten zainteresuje miłośników Krakowa.

Ebook ten jak i pozostałe jego napisane do tej pory tomy a także inne ebooki można nabyć w moim sklepie w Payhip oraz Naffy.

Myślę, że zamiast załączać fragmenty ebooka z opisami najlepiej podać jego spis treści, który bardzo dobrze oddaje jego wnętrze.

Wstęp
Część V – Ulice
Ulica Floryańska
Ulica Św. Jana
Ulica Szczepańska
Ulica Sienna
Ulica Wiślna
Ulica Sławkowska
Ulica Św. Anny
Ulica Bracka
Ulica św. Marka
Ulica Grodzka
Ulica Poselska
Ulica Franciszkańska
Ulica św. Krzyża
Ulica Szewska
Ulica Szpitalna
Ulica Gołębia
Ulica Kanonicza
Ulica Stolarska
Ulica S. Michała (Senacka)
Ulica Mikołajska
Ulica św. Tomasza
Ulica Jagiellońska
Ulica Pijarska
Zmienione nazwy ulic
Ulice zagubione
Ulice bliżej nieznane
Place miasta
Plac Szczepański
Mały Rynek
Plac Mariacki
Plac św. Ducha
Plac Dominikański
Plac Wszystkich Świętych
Plac św. Magdaleny
Krakowskie widoki
Szkarpy
Zakręty, załamania i zagięcia ulic
Kąciki

Część VI: Kamienice
Domy i mieszkania w Krakowie w pierwszej połowie XVII wieku
Kamienice z zewnątrz
Gorzelnie i browary
Wodociągi i rząpie

Spichlerze
Ścieki

Rzeźnie
Łaźnie
Podcienia
Piwnice
Szkarpy
Ławki
Wywieszki i szyldy
Kondygnacje
Ściany graniczne

Zewnętrzne ozdoby kamienic
Dachy
Attyki
Balkony
Sklepy
Ogólne wnętrza kamienic
Plany kamienic
Wnętrza domów średniomieszczańskich
Wnętrza domów zamożnych mieszczan
Kamienice pańskie
Ruchome urządzenia mieszkań
Mur graniczny
Godła domów krakowskich
Godła kupieckie
Godła herbowe
Godła dewocyjne
Godła architektoniczne




niedziela, 22 marca 2026

Konsultant ds. marzeń ściętej głowy

 Nabór

Wszystko zaczęło się od ogłoszenia, które rzucono w eter, jakby przez przypadek, między komunikatem o planowanej przerwie w dostawie wody a wywiadem z ministrem ds. równowagi strategicznej.

"RZĄD POSZUKUJE: Konsultanta ds. marzeń ściętej głowy. Wymagania: brak zdrowego rozsądku, kreatywne podejście do absurdu, empatia granicząca z telepatią. Wynagrodzenie: nie do powiedzenia."

W tej samej chwili, gdzieś na trzecim piętrze starej kamienicy, Konstanty Fikus wypuszczał z ust parę kawy rozpuszczalnej. Przez ostatnie trzy lata był zatrudniony jako tester ergonomii przycisków w automatach do biletów. Praca cicha, stabilna i kompletnie pozbawiona sensu.

Ale to ogłoszenie... miało w sobie melodię.

Anatol ubrał się w garnitur, który zawsze wyglądał na nieco zbyt entuzjastyczny, i ruszył w stronę urzędu, w którym rekrutowano do zadań specjalnych. Po drodze spotkał kobietę, która uważała się za sowę, i dziecko, które twierdziło, że jest czasem.

Przy stole rekrutacyjnym siedział mężczyzna w wieku trudnym do określenia, z brodą tak logiczną, że sama się układała w sylaby.

– Imię?

– Konstanty Fikus.

– Wykształcenie?

– Zrezygnowane. Ale piękne w swojej niedoskonałości.

Rekruter spojrzał na niego przez okulary, które nie miały szkieł.

– Doskonale. Wystarczy.

Anatol został zatrudniony.

 

Następnego dnia dostał biurko, które się obracało, choć nikt go o to nie prosił. Na ścianie wisiał portret kobiety w kapeluszu, która zmieniała wyraz twarzy w zależności od pory dnia. Obok stał telefon, który nigdy nie dzwonił, ale czasem szeptał.

Pierwszy interesant przyszedł po godzinie. Był to pan Ryszard z Zambrowa, który chciał nauczyć swoją papugę grać na akordeonie, aby zaimponować swojej byłej, teraz weterynarce.

Anatol spojrzał mu głęboko w oczy.

– Czy papuga ma imię?

– Henryk.

– Zaczniemy od utworów klasycznych. Chopin? Za dużo patosu. Proponuję disco polo.

Ryszard zapisał wszystko z nabożeństwem.

– I proszę kupić papudze okulary. Będzie jej łatwiej wziąć pana poważnie.

 Tak zaczęły się konsultacje, które nie miały sensu. Ale miały cel.

 Biuro Niewiarygodnych Możliwości

  Poranek w gmachu Ministerstwa Rozwoju Absurdalnych Pragnień zaczął się jak każdy inny czyli zupełnie nienormalnie. Na korytarzu B, tuż obok pokoju do medytacji międzywymiarowej i kantorka z kapsułami kofeinowymi w kształcie Platona, zebrali się nowi petenci. Pani z głową w chmurach (dosłownie, bo nosiła wielki, szeleszczący kapelusz z waty cukrowej), pan, który chciał zostać zawodowym niewidzialnym klaunem, i młoda dziewczyna z zamiarem zostania alchemią.

  Przy biurku numer 7 siedział Konstanty Fikus. Konsultant ds. Marzeń Ściętej Głowy. Był ubrany w garnitur, który z daleka wyglądał normalnie, ale z bliska okazywał się pokryty drobnym, ruchomym wzorem z cytatów z baśni i instrukcji obsługi kuchenki mikrofalowej. Na nosie miał okulary bez szkieł, a w kieszeni notatnik, który pisał sam, jeśli się go uprzejmie poprosiło.

— Numer siedem! — zawołał urzędowym tonem, który przypominał śpiew operowy połączony z westchnieniem staruszki.

Do środka weszła młoda kobieta w kurtce obszytej marzeniami. Przynajmniej tak twierdziła jej koszulka: „Moje marzenia są podszyte nadzieją, ale zszyte ręcznie przez rozczarowanie.”

— Proszę usiąść — powiedział Konstanty, wskazując krzesło, które natychmiast dostosowało się do emocjonalnej aury petentki.

— Dzień dobry. Nazywam się Lucyna. I… mam marzenie.

— Doskonale — ucieszył się Fikus, otwierając notatnik, który natychmiast zanotował „Lucyna: przypadek liryczny z nutą niedowierzania”.

— Chcę zostać... śpiewającą biblioteką.

— Całą biblioteką? — dopytał konsultant.

— Tak. Nie bibliotekarką. Biblioteką. Z półkami, okładkami i chórem recytującym opisy wydawnicze. Chcę, by ludzie przychodzili, siadali we mnie i czuli, że każde słowo ich rozumie.

Konstanty spojrzał na nią z powagą, jaką można przybrać tylko wtedy, gdy całe życie spędziło się na mierzeniu niemierzalnego.

— Pani Lucyno — powiedział cicho — to jedno z piękniejszych marzeń, jakie słyszałem od wtorku. Ale zanim przystąpimy do realizacji, zadam kilka standardowych pytań. Czy ma pani alergię na metafory?

Lucyna pokręciła głową.

— Czy jest pani gotowa na to, że stanie się miejscem, w którym inni będą szukać siebie?

— Tak.

— Czy potrafi pani mówić językiem alfabetu Braille’a, jeśli zajdzie potrzeba?

— Jeszcze nie, ale mogę się nauczyć.

— Świetnie. Zatem… zakwalifikowana.

Złapał pióro, które wyglądało, jakby raz było gęsią, raz dronem, i zanotował coś w systemie. Po sekundzie komputer wypluł kartkę z napisem: „Przydzielona do programu "Inkarnacje literackie". Kategoria: Przestrzeń Emocjonalna Otwarto-Dostępna.”

Lucyna wyszła, a Konstanty Fikus uśmiechnął się do siebie. Czasem wystarczyło tylko potraktować absurd z wystarczającą powagą, by zaczął działać jak logiczne równanie.

Do jego drzwi już pukał kolejny petent, emerytowany dentysta, który chciał zostać wspomnieniem z dzieciństwa.

Kolejny zwykły dzień w Biurze Niewiarygodnych Możliwości.

 Oczekiwania społeczne a teleportacja wewnętrzna

  Korytarz na piątym piętrze ministerstwa miał to do siebie, że się nie kończył. Przynajmniej nie w sposób ostateczny. Zgodnie z oficjalnym komunikatem, „zakończenie korytarza znajduje się w sferze potencjalności i powinno być traktowane jako stan umowny”. Niemniej, gdzieś w jego środku, tam, gdzie kserokopiarka filozoficzna rozważała własną istotę, siedział na wytartym fotelu mężczyzna w średnim wieku z teczką na kolanach.

Nazywał się Artur Piskorz. Z zawodu był księgowym. Z powołania, marzycielem o niskim poziomie samozgody.

— Numer trzynaście — zagrzmiał z oddali głos Konstantego Fikusa, choć żadne drzwi się nie otworzyły. Artur wszedł do gabinetu bardziej z poczucia obowiązku niż wiary, że cokolwiek się wydarzy.

— Dzień dobry, panie Piskorz. Czym mogę dziś pomóc pańskiemu marzeniu?

Artur zawahał się. Wyciągnął z teczki kartkę, przetartą, pomiętą, zapisaną drobnym pismem i poprawianą długopisem, ołówkiem i kredką.

— Chciałbym… zniknąć.

— Fizycznie?

— Nie. Znaczy… tak, ale nie dosłownie. Chciałbym się stać kimś, kogo nikt się nie spodziewa. Kimś, kto jest, ale nie przeszkadza. Kto może być w pokoju i nikt nie poczuje się oceniany. Kimś, kto nie musi nic udowadniać. Jak wygodne milczenie. Albo kot, który nie ocenia, że znów zjadasz obiad nad zlewem.

Fikus westchnął z uznaniem.

— Piękna metafora. Ciche istnienie jako forma buntu wobec nadekspozycji. To się dziś bardzo ceni.

Zapisał coś w systemie.

— Mamy wolne miejsca w programie „Teleportacja Wewnętrzna”. To rozwiązanie dla osób, które nie chcą zmieniać miejsca w przestrzeni, tylko przemieszczać się w warstwach swojej nieobecności.

Artur wyglądał na zdezorientowanego, co Fikus uznał za znak gotowości.

— To nie będzie łatwe — powiedział. — Będzie pan musiał nauczyć się znikać z rozmów, zanim się zaczną, oraz być obecnym tylko wtedy, gdy to naprawdę potrzebne. Do tego dochodzi trening z „neutralnym tonem głosu” i „spojrzeniem, które nie zmusza do odpowiedzi”.

— A czy potem… ktoś mnie znajdzie?

— Jeśli trzeba — odparł Fikus z uśmiechem — znajdą. Ale już nie jako tego, kim pan był. Tylko jako tego, kim pan się stał.

Drzwi się nie otworzyły. Artur po prostu… był już poza. W sensie emocjonalnym.

Fikus spojrzał na ekran, który właśnie zasygnalizował nowy przypadek: „Osoba, która chce zamieszkać w swoim marzeniu o przyszłości.”

Następna dusza do zszycia.

W końcu to był jego zawód: przywracać ludziom marzenia, zanim znikną. Albo lepiej, zanim przestaną o nie pytać.

 Rowerzysta odległości niemożliwych

  Dzień był pogodny, czyli niepokojąco statystyczny. Konstanty Fikus siedział przy biurku z papierosem niepalącym w ustach (rekwizyt relaksacyjny zgodny z ustawą o higienie absurdu), kiedy do gabinetu wjechał rowerzysta. Dosłownie. Rower, czerwony, lekko obtarty, z siodełkiem pamiętającym czasy późnego optymizmu, wtoczył się przez drzwi, których nie było.

— Przepraszam… ja z polecenia. Pan Grzegorz z grupy „Niedoszli Alpiniści” mówił, że pomagacie tu w sprawach… trudnych.

— My nie pomagamy. My umożliwiamy — odparł Fikus, odkładając nieistniejący dym. — Nazwisko?

— Igor Brożek. Z zawodu listonosz. Z pasji – rowerzysta. I… podróżnik w marzeniu.

— Proszę mówić.

Igor stanął w rozkroku między śmiałością a zawstydzeniem. Po chwili wyciągnął mapę.

— To jest trasa. Chciałem ją kiedyś przejechać. Od Płońska do Kathmandu. Rowerem. Ale żona powiedziała, że nie mogę. Bo mamy dzieci, kredyt, chomika z alergią i ogródek działkowy.

— I nie pojechał pan?

— Pojechałem. W środku głowy. Tylko że teraz… nie umiem z tego wrócić. Codziennie jeżdżę do pracy, ale czuję, jakbym był gdzieś w Azerbejdżanie. Nie wiem, gdzie kończy się moja droga, a zaczyna rzeczywistość. Raz prawie zostawiłem listy w studni. I nie wiem, czy to była studnia, czy słowo na „S” w Nepalu.

Fikus zmrużył oczy. Uderzył lekko w biurko, które zareagowało westchnieniem.

— Panie Igorze, trafia pan w sedno. Zbyt wiele osób zapomina, że niektóre wyprawy trzeba odbyć naprawdę. Inaczej zaczynają przeciekać do codzienności. A przeciekające marzenie to bardzo groźna substancja. Może rozpuścić nawet najtwardszą rutynę.

— Ale co ja mam zrobić? Nie mam już dwudziestu lat. Ani wolnego. Ani paszportu.

— To nie przeszkadza — uśmiechnął się Fikus i otworzył szufladę, z której wyjął… bilet. Stary, złożony, pachnący kurzem i możliwością. — To jest bilet „na próbę”. Przejedzie pan tylko jeden dzień tej trasy. Rzeczywiście. Bez wymówek. Jeden dzień marzenia na pełny etat. I potem zdecyduje pan: wrócić, czy jechać dalej.

Igor spojrzał na bilet jak na relikwię. Jego dłoń zadrżała.

— A co, jeśli nigdy nie wrócę?

— Wtedy stanie się pan legendą. A legendy, panie Igorze, też są częścią urzędowego krajobrazu. Mamy na nie oddzielną teczkę. Obok „niemożliwych przypadków” i „osób, które śniły za głośno”.

Rower zniknął tak, jak się pojawił, przez drzwi, których nie było.

Fikus dopił kawę z filiżanki, której nigdy nie napełniał.

I spojrzał na następne nazwisko w systemie: „Jadwiga, emerytka, lat 72, chce zostać gwiazdą rocka. Prawdziwą.”

Przypadek wymagający dwóch spinaczy i jednej metafory.

Ale to już był jego chleb powszedni. Z masłem z wyobraźni.

 Pani Jadwiga i amplifikator marzeń

  Biuro było wyjątkowo ciche. Fikus sączył wywar z trzeciej kawy, czyli tej, którą parzyło się już z czystego przyzwyczajenia, a nie z potrzeby kofeiny. Kiedy drzwi (tym razem jak najbardziej realne) otworzyły się i do środka weszła pani Jadwiga.

Miała siedemdziesiąt dwa lata, emeryturę po latach pracy w księgowości i fryzurę tak uporządkowaną, że aż niepokojącą. Ubrana była w wełniany płaszcz, torbę na kółkach i… ćwiekowaną ramoneskę, na której haftowano kiedyś „Jaga ’69”.

— Ja przepraszam, bo nie wiem, czy to miejsce dla takich jak ja — zaczęła, stając w progu.

— Dla takich jak pani? — zapytał Fikus, podnosząc wzrok znad dokumentu zatytułowanego „Protokół marzeń nie do końca nielegalnych”.

— No takich... dojrzałych. Ja całe życie byłam rozsądna. Dzieci, faktury, robienie gołąbków na niedzielę. Ale ostatnio, gdy prałam firanki, coś mnie tknęło. Dosłownie, jakby prąd. Zrobiłam herbatę i puściłam płytę mojej starej kapeli. The Błąd Systemowy. I nagle, między herbatnikiem a imbirem, poczułam to: ja chcę stanąć na scenie. Śpiewać. Krzyczeć do mikrofonu. W trampkach! Może nawet przekląć!

— Przekląć?

— No… „do licha” albo „motyla noga”. W moim wieku to już coś.

Fikus skinął głową z uznaniem.

— Pani Jadwigo, ten przypadek kwalifikuje się do procedury 5K: Kryzys, Kaprys, Katalizator, Konsekwencja i Koncert. Ma pani pełne predyspozycje.

Wyciągnął szufladę, wyjął z niej urządzenie przypominające megafon skrzyżowany z gruszką do nosa i… coś, co chyba kiedyś było korkociągiem.

— To jest amplifikator marzeń. Prototyp. Zbierze pani wszystkie swoje niewykrzyczane pragnienia, niespełnione tęsknoty, niespełnione nadzieje i zamieni je w dźwięk. Prawdziwy. Z echem i refrenem.

— Ale ja nie umiem śpiewać!

— Śpiewać umieją nieliczni. Marzyć, tylko najodważniejsi. A poza tym, punk rock to nie konkurs wokalny. To decyzja.

Jadwiga spojrzała na urządzenie jak na starego przyjaciela z kolonii. Trzymała je w rękach z nabożnością.

— A co dalej?

— O godzinie 19:00 jest jam session na placu Zmarnowanych Postanowień Noworocznych. Występują tam tylko ci, którzy się nie poddali. Będzie tam pan Roman, który chciał zostać żonglerem nieścisłości. I Krysia, która piecze ciasta inspirowane snami. Pani się wpasuje.

Fikus mrugnął. Jadwiga otworzyła usta. Zamknęła. A potem wyszła – ramiona wyprostowane, ramoneska skrzypiała jak dawno nieużywana gitara.

Gdy drzwi się zamknęły, Fikus dopisał do akt:
„Kandydatka wykazuje oznaki wysokiej amplitudy marzeń. Możliwy wybuch osobowości. Obserwować.”

Następny klient już czekał.
Imię: Bronek.
Cel: Wrócić do pracy… jako wędrowny rycerz.
Sprzęt: Hełm z durszlaka, honor zapomniany w piwnicy.”

Ach, poniedziałki…

Bronek i kodeks absurdalny

  Bronek pojawił się w Biurze Marzeń o dziewiątej rano, punktualnie jak listonosz i z takim samym zapałem. Miał na sobie pelerynę z zasłony prysznicowej, buty narciarskie (bo, jak sam mówił, „rycerz musi się ślizgać po trudnym gruncie”) i przytroczony do pasa… czajnik elektryczny. W ramach zbroi, oczywiście. W dłoni dzierżył kij od szczotki, przewiązany białą bibułą. Na naklejce widniało: „Miecz Prawdy (model ekonomiczny)”.

Zanim Fikus zdążył go zaprosić do środka, Bronek wykonał ukłon tak teatralny, że aż fikus doniczkowy w kącie opadł z liści.

— Przybywam z krainy Złamanego CV — oznajmił z dumą. — Pragnę odzyskać honor utracony w bitwie o kredyt hipoteczny.

— Proszę usiąść, rycerzu... — Fikus rzucił okiem na kartę zgłoszenia — Bronek. Jakie marzenie przynosi dziś pan w ofierze?

Bronek rozpiął pelerynę, spod której wysunęła się kartka papieru, starannie złożona na cztery. Rozprostował ją z pietyzmem godnym templariusza.

— Chcę zostać wędrownym rycerzem w czasach współczesnych. Pragnę nieść ludziom wsparcie moralne, pomagać zagubionym w marketach, stawać w obronie honoru w windach i walczyć z bezdusznością korporacyjnych procedur!

Fikus skinął głową z szacunkiem.

— A kodeks? Ma pan kodeks?

Bronek przytaknął gorliwie.

— Stworzyłem własny. Kodeks Absurdalny. Zasady są proste:

1.       Nie oceniaj zakupów bliźniego swego.

2.       Zawsze zostawaj do końca historii, nawet jeśli to anegdota o kocie.

3.       Jeśli ktoś ziewa, ziewnij z nim. To znak sojuszu dusz.

4.       W supermarkecie zawsze przepuszczaj tych z jednym jogurtem.

Fikus zamilkł na chwilę. W końcu powiedział:

— Brzmi jak najbardziej humanistyczny manifest ostatnich dekad. I jak zamierza pan go realizować?

— Mam wózek. Przerobiłem na mobilną kapliczkę. Są tam cukierki na zgodę, chusteczki dla rozczarowanych i miejsce do siedzenia dla sfrustrowanych urzędników.

Fikus wyjął z szuflady formularz specjalny. „Zlecenie nierealne, kategoria: szlachetne wariactwo”.

— Bronek, niech pan podpisze tutaj. Odtąd będzie pan oficjalnym konsultantem terenowym do spraw nadziei spontanicznej.

Bronek wstał, zasalutował czajnikiem i odmaszerował z godnością, której nie powstydziłby się sam Don Kichot. A po drodze uratował kobietę, która zaplątała się w foliową torbę przy wejściu do apteki. Zrobił to słowem.

Fikus, popijając kawę z kubka w kształcie chmury, uśmiechnął się lekko.

Na dziś zostało tylko jedno zgłoszenie.

Nazwisko: Nienazwane
Potrzeba: "Nie wiem, ale boli, że nie wiem."
Opis: milczenie zapisane w zgłoszeniu wielkimi literami.

I właśnie z takimi przypadkami lubił pracować najbardziej.

 Ostatnia konsultacja

Dzień zbliżał się ku końcowi. Miasto zmieniało tonację z betonu na róż, światło przesączało się przez smog jak herbata przez bibułkę. W Biurze Marzeń panował półmrok, przerywany cichym klikaniem projektora nad biurkiem Fikusa. Na ścianie odbijała się prezentacja zatytułowana: „Nieoczywiste sukcesy, raport kwartalny”. Pod spodem wykres: liczba marzeń zrealizowanych przez przypadek wzrosła o 37%.

Wtedy weszła Ona.

Nie miała imienia. A może miała, tylko zostawiła je gdzieś po drodze między zmywarką a notatnikiem z listą obowiązków. Miała na sobie kurtkę, której nie planowała dziś zakładać, i włosy związane w coś, co można było nazwać "buntem fryzjerskim". W dłoniach, puste ręce. Zgłoszenie wypełniła cyfrowo. Hasło: „Nie wiem, ale boli, że nie wiem.”

Fikus spojrzał na nią z życzliwością zmieszaną z ciekawością.

— Proszę usiąść. Jak się pani czuje?

— Jak pytanie bez znaku zapytania. Jak… winda, która jeździ tylko w bok. Jak sen o lataniu, ale bez startu.

Zamilkli. Po chwili Fikus sięgnął do szuflady i wyjął cienką kopertę. Położył ją na stole. Była pusta.

— To dla pani — powiedział cicho.

Kobieta uniosła brwi. — To żart?

— W żadnym razie. To jest miejsce. Przestrzeń. Próżnia na coś, czego pani jeszcze nie nazwała. Ale już to nosi.

— Mam wypełnić pustą kopertę?

— Nie. Ma ją pani zatrzymać. I nie próbować natychmiast wypełnić. Pustka też jest potrzebna. Żeby zmieściło się to, co jeszcze nie gotowe.

Kobieta wzięła kopertę jakby ważyła więcej niż powinna. Przez chwilę wpatrywała się w nią, potem westchnęła i schowała do torby.

— A jeśli nic się w niej nie pojawi?

— To znaczy, że już się pojawiło. Brak to przecież też jakiś kształt.

Wyszła bez słowa. Ale z trochę lżejszym krokiem.

Gdy drzwi zamknęły się za nią, Fikus wstał, przeciągnął się i wyjął z kieszeni klucz. Stary, metalowy, od czasu. Przekręcił go w niewidocznej dziurce w ścianie. Biuro zadrżało.

Wszystkie zgłoszenia z dnia zamieniły się w papierowe origami: statek, motyla, balonik, kubek na herbatę. Uniosły się powoli w powietrzu i wypłynęły przez okno jak stado spokojnych, absurdalnie spokojnych nadziei.

Na zewnątrz nikt nie widział tej chwili, bo właśnie padał deszcz czekoladowych listków. Zjawisko niecodzienne, ale kto by się teraz przejmował.

Fikus zamknął drzwi i zawiesił na nich tabliczkę:

„Nieczynne z powodu marzenia.”

I zniknął.
Nie dlatego, że przestał istnieć.
Po prostu, ktoś w innym mieście właśnie przestał wierzyć w sens i bardzo, ale to bardzo potrzebował rozmowy z kimś, kto z absurdu potrafi zrobić kompas.

A to był właśnie jego zawód.

sobota, 21 marca 2026

Kurs pierwszej pomocy dla dusz zagubionych

 Rekrutacja przypadkiem

  Sala numer 12 w budynku dawnego Domu Kultury „Jutrzenka” wyglądała jakby czas zatrzymał się gdzieś pomiędzy epoką PRL a wczorajszą próbą remontu. Ściany w kolorze „jesiennego beżu” zdobiły motywacyjne hasła z minionej dekady: „Jesteś zmianą, na którą czeka świat!” i „Uśmiechaj się – nikt nie lubi marud!”. Jedno z nich odpadało już od rogu.
  Na środku sali, w półokręgu złożonym z siedmiu krzeseł z odzysku, siedzieli oni: ludzie wybrani przez algorytm, który prawdopodobnie się przegrzał. Oficjalnie, uczestnicy miejskiego programu rozwoju emocjonalnego „Miasto Dla Ciebie: Po Prostu Bądź”. Nieoficjalnie, grupa, która miała więcej pytań niż pewności, czy dobrze trafili.
  Był Janusz, lat pięćdziesiąt, z pozoru ochroniarz, z ducha poeta-emeryt, który przestał pisać haiku po rozstaniu z Hanką. Była też Marta, nauczycielka angielskiego, która wciąż myślała, że zaraz ktoś powie jej, że to pomyłka. Dalej siedział Igor, informatyk w wypaleniu zawodowym i z permanentnym tik-tokowym zwątpieniem. W rogu, nieco bokiem, przysiadła Sabina, emerytowana fryzjerka, która od trzech lat mówiła do swojej paprotki, bo „ona przynajmniej słucha”.
I wtedy wszedł on.
Nie miał plakietki. Miał szalik. Nie był ubrany jak psycholog. Miał buty pamiętające czasy papieża Jana Pawła II i płaszcz, w którym wyglądał jak ktoś, kto przyszedł przypadkiem z epoki, w której ludzie jeszcze patrzyli sobie w oczy.
– Witajcie – powiedział, stając na środku półokręgu. – Nazywam się Ariel. Nie jestem psychologiem. Nie jestem coachem. Byłem... aniołem stróżem. Przez długi czas.
  Milczenie. Tylko Marta coś zanotowała w swoim zeszycie, pisząc powoli: „EWENTUALNY schizofrenik, unikać oczu”.
– A teraz jestem na wypowiedzeniu – kontynuował Ariel z łagodnym uśmiechem. – Przysłali mnie tu, bo podobno dusze wam się pogubiły. A ja mam jeszcze kilka godzin do wyrobienia. Więc, jeśli pozwolicie, spróbuję was nauczyć, jak się waszej duszy… udziela pierwszej pomocy.
 Janusz uniósł brew. Igor przewrócił oczami. A Sabina, ku swojemu zdziwieniu, poczuła, że paprotka właśnie się zgodziła. Ariel wyjął z kieszeni mały zeszyt, brulion, taki jak z podstawówki. Otworzył go na środku i spojrzał na nich, jakby każdy z nich był mapą, którą trzeba dopiero rozczytać.
– Pierwsza zasada pierwszej pomocy dla duszy – powiedział – brzmi: „Nie każda rana wymaga natychmiastowego działania. Niektórym trzeba pozwolić się odezwać.”
Spojrzał na puste krzesło po lewej stronie.
– Ktoś z państwa widzi jeszcze jedno wolne miejsce, prawda? No właśnie. Bo dusza zwykle siada ostatnia.
 Grupa nie była jeszcze gotowa, by się przyznać, że to ma jakiś sens. Ale nikt też nie wyszedł. A to, jak na grupę zupełnie obcych, zmęczonych życiem ludzi, było pierwszym małym cudem.
A w kącie, niezauważona, jarzeniówka mrugnęła znacząco. Jakby też coś przeczuwała.

 Skrzynka zaginionych odpowiedzi

  Sala numer 12 miała jeszcze jedną cechę, o której nie wspomniano w folderze informacyjnym miejskiego programu „Miasto Dla Ciebie: Po Prostu Bądź” – szum. Stały, jednostajny, jakby zza ściany pracował niestrudzony wentylator egzystencjalnego niepokoju. W przerwach między pytaniami można było odnieść wrażenie, że słychać tam nawet westchnienia.
– Dobrze – powiedział Ariel, anioł w stanie wypowiedzenia, odrywając się od rysowania dziwnych symboli kredą na tablicy, której nikt wcześniej nie zauważył. – Skoro wszyscy już są, możemy zacząć ćwiczenia praktyczne.
– Jakie ćwiczenia? – zapytała Marta z widocznym lękiem w głosie. – Przyszłam tu myśląc, że to będą wykłady. Z prezentacją. Może e-book?
– Duszy nie nauczysz z e-booka – odparł Ariel, uśmiechając się pod nosem. – Ona potrzebuje doświadczyć, upaść, zgubić się i, jeśli ma szczęście znaleźć ciepły ręcznik na głowę.
 Wstał i podszedł do starej szafy z etykietą „INWENTARZ 1984”, która, jak wszystko w tej sali, wyglądała, jakby miała własne wspomnienia.
– Pozwólcie, że pokażę wam coś, co zostało tu po poprzednich grupach – powiedział i wyjął z wnętrza zakurzoną, zieloną skrzynkę po herbacie „Saga”. – To jest Skrzynka Zaginionych Odpowiedzi. Każdy z was dziś wrzuci do niej pytanie. Ale tylko jedno. Takie, na które nie macie odpowiedzi od lat.
– A odpowiedź sama się znajdzie? – zakpił Igor, krzyżując ramiona. – Czy może losuje ją Święty Mikołaj?
– Nie. Odpowiedź znajdziecie wy – odparł Ariel. – Ale dopiero wtedy, gdy przestaniecie jej szukać tam, gdzie wszyscy szukają.
Zapadła cisza. Nawet Marta przestała notować.
– Czy to musi być pytanie poważne? – zapytała Sabina, głaszcząc palcem plastikową smycz od identyfikatora, który nosiła z nieznanych powodów.
– Dusza nie zna hierarchii pytań – odparł Ariel. – Dla niej „Dlaczego nie jestem szczęśliwy?” i „Czy paprotka mnie lubi?” ważą tyle samo.
 W końcu wszyscy po kolei z większym lub mniejszym sceptycyzmem, zapisali coś na pożółkłych kartkach. Janusz długo wpatrywał się w pióro, nim napisał: „Dlaczego już nie umiem płakać?” Marta, z pozoru mechanicznie, notowała: „Czy to możliwe, że się zgubiłam, nie ruszając się z miejsca?” Igor drapał się po głowie i w końcu tylko napisał: „Po co w ogóle się starać?”
 Kartki wylądowały w skrzynce. Ariel zamknął ją z czułością, jakby była dzieckiem, które właśnie zasnęło.
– Odpowiedzi nie będą brzmiały tak, jak chcecie – uprzedził. – Ale będą brzmiały tak, jak trzeba.
 W kącie sali wciąż buczał wentylator metafizycznego szumu. Gdzieś zza ściany rozległ się dźwięk, który mógł być zarówno lodówką, jak i zawstydzonym westchnieniem Wszechświata.
A wtedy Ariel klasnął w dłonie.
– A teraz czas na ćwiczenie drugie: „Jak rozpoznać siebie w kimś zupełnie innym.”
I jakby na znak, drzwi sali otworzyły się. Do środka wszedł… ktoś jeszcze.
A może coś.

 Lustro bez szkła

  Drzwi do sali nr 12 otworzyły się bez dźwięku, jakby zawiasy bały się przeszkadzać. Do środka wszedł młody mężczyzna w zbyt dużym swetrze i zbyt małych butach. Twarz miał bladą, ale nie chorobliwą raczej jakby przez ostatnie pięć lat nie mógł się zdecydować, kim jest. Niósł pod pachą niewielkie, staromodne lusterko w ozdobnej ramie.
– A to jest? – spytał Janusz, przekrzywiając głowę jak pies, który usłyszał słowo „spacer”.
– Ćwiczenie – odpowiedział Ariel, gestem zapraszając nieznajomego do środka. – To Nikodem. Zgubił siebie sześć lat temu i wciąż nie może się znaleźć. Pomożecie mu, a przy okazji… może znajdziecie kogoś podobnego w sobie.
 Nikodem spojrzał na nich nieśmiało, jakby nie miał pewności, czy już śni, czy dopiero zaczyna. Przysiadł na krześle, trzymając lusterko jak tarczę.
– No dobra – westchnęła Sabina. – I co mamy niby zrobić?
Ariel podszedł i wyjął z teczki… sznur czerwonej wełny. Zupełnie jakby to miało pomóc przy leczeniu dusz, a nie przy szydełkowaniu.
– Będziemy się nawzajem wiązać – powiedział z uśmiechem. – Ale spokojnie, nie fizycznie. Emocjonalnie.
 Podszedł do pierwszej osoby, Igora i podał mu koniec nitki. Potem rozwijał ją, prowadząc do Sabiny, od niej do Janusza, dalej do Marty i reszty. W końcu wszyscy siedzieli połączeni pajęczyną czerwonej nici, oplatającej ich kolana, nadgarstki i przestrzenie między nimi.
– Ta nić to coś, czego nie widać na co dzień – powiedział Ariel. – To wspólne poczucie absurdu. Żal, który brzmi podobnie, choć każdy wypowiada go w innym języku. To myśl o tym, że „może jednak jestem nie na miejscu”… którą każdy z was miał przynajmniej raz dzisiaj.
Nikodem skinął głową. W lustrze wciąż nie odbijał się nikt poza nim. Choć siedział naprzeciwko Marty.
– A teraz – kontynuował Ariel – patrzcie na siebie. Nie rozmawiajcie. Spróbujcie rozpoznać, w czyim spojrzeniu mieszka znajome echo.
Zapanowała cisza.
Nie taka niezręczna, ale gęsta. Jakby ktoś ją uszył z flaneli i przykrył nią całą salę. Janusz patrzył na Igora. Igor na Martę. Marta, przez moment spojrzała na Nikodema, a wtedy… jej odbicie pojawiło się w jego lusterku.
To trwało ułamek sekundy. Ale wystarczyło.
– Co to było? – zapytała niepewnie.
– Lustrzany moment – odparł Ariel, jakby mówił o czymś oczywistym. – Taki, w którym dostrzegasz siebie w kimś innym, i przez chwilę nie boisz się tego uczucia.
Igor ziewnął.
– Czy to znaczy, że już jesteśmy „uleczeni”? Bo jeśli tak, to ja zgłaszam chęć odbioru certyfikatu.
Ariel się zaśmiał. Szczerze, z ciepłem, którego się nie spodziewali.
– Nie. To znaczy, że możecie zacząć rozpoznawać swoje pęknięcia. A dopiero wtedy można próbować coś z tym zrobić.
 Wstał i lekko potrząsnął skrzynką Zaginionych Odpowiedzi, która stała na parapecie. Zadzwoniła cicho, jakby w niej coś się poruszyło.
– Jutro spróbujemy je otworzyć – zapowiedział.
Lustra, wełna, milczenie, wszystko powoli znikało za zamkniętymi drzwiami, gdy grupa wychodziła z sali. Każdy z nich wciąż czuł tę czerwoną nić. Choć fizycznie została w środku.
A Nikodem?
Po raz pierwszy od sześciu lat uśmiechnął się do swojego odbicia.

 Składniki na zupę z przeszłości

  Sala nr 12 pachniała dziś czymś… nietypowym. Jakby zderzyły się aromaty starej biblioteki, kory sosnowej i, nieco niepokojąco, bulionu warzywnego. Ariel wszedł do środka z dużym, parującym garnkiem. Za nim podążał Nikodem z chochlą, wyglądając, jakby dołączył do jakiegoś sekciarskiego koła kulinarnego.
– Dzień dobry dusze – rzucił Ariel z pogodą, która pasowała do anioła emeryta. – Dziś gotujemy.
Janusz uniósł brwi.
– Myślałem, że to kurs emocjonalny, nie gastronomiczny.
– A czym innym są emocje, jeśli nie zupą, w której bulgoczą rzeczy, których nie chcieliśmy dodać, ale i tak się w niej znalazły? – odpowiedział Ariel, już rozstawiając miski.
 Grupa, choć pełna wątpliwości, zasiadła w kręgu jak w hipnotycznym kuligu. Z głośników cicho sączyła się muzyka, coś pomiędzy mantrą a jazzem. Nikodem rozdawał miski.
– Co to za zupa? – spytała Marta, podnosząc chochlę do nosa.
– Zupa z przeszłości – odpowiedział Ariel z powagą. – Przepis jest prosty: jedna niezamknięta rozmowa, dwie szczypty zawodu, kilka łez, które nigdy nie spłynęły. I łyżka nadziei, najlepiej fermentowanej.
Sabina skrzywiła się teatralnie.
– Ja wolę rosołek z realiów.
– Rosołek z realiów rzadko leczy duszę – uśmiechnął się Ariel. – Za to zupa z przeszłości, dobrze doprawiona, potrafi rozwiązać niejedno zasupłane serce.
Zapadła cisza. Lekkie, niepewne siorbanie.
Marta była pierwsza, która się odważyła odezwać.
– To dziwne. Smakuje jak… jak tamten dzień, gdy tata zabrał mnie do wesołego miasteczka i zgubiłam się między karuzelami. Czułam wtedy jednocześnie panikę i zachwyt. Tak właśnie smakuje ta zupa.
– Dziwne, ja czuję zapach szkolnego korytarza – powiedział Igor. – I tą rozmowę, której nigdy nie odbyłem z nauczycielem od fizyki, bo się bałem.
Sabina odstawiła miskę z grymasem.
– U mnie smakuje jak kolacja wigilijna z 2012. Z tą niezręczną ciszą przy stole i prezentem od ciotki – szalikiem w kolorze moich wątpliwości.
Ariel skinął głową.
– Zupa działa.
Podszedł do flipcharta i narysował coś przypominającego spiralę w głąb czajnika.
– Emocje z przeszłości nie znikają. One tylko uczą się chodzić na palcach, udają ciszę. Ale w odpowiednich warunkach, w zupie, w piosence, w spojrzeniu kogoś, kto sam coś przetrawił, wracają. Nie po to, by was zniszczyć, tylko by się z wami pożegnać.
Nikodem dolał sobie dokładkę. I po raz pierwszy przemówił:
– Czasem najważniejsze, co można zrobić z przeszłością, to zjeść ją w dobrym towarzystwie.
Ariel spojrzał na niego z uśmiechem. Jakby mówił: „widzisz, powoli wracasz”.
Po zajęciach nikt się nie spieszył z wyjściem. Jeszcze długo unosili się w powietrzu jak para nad garnkiem, lekcy, rozmyci, ale cieplejsi.
Zupa z przeszłości została. Wystarczyło jej jeszcze na kilka porcji.
Bo niektórzy dopiero zaczynali gotować swoje wspomnienia.

 Ćwiczenia z upadania

  Dzień piąty rozpoczął się ciszej niż zwykle. Nikt się nie spóźnił, nikt nie żartował. Marta nawet nie zapytała o kawę. W rogu sali stał materac gimnastyczny, nadgryziony zębem czasu i zapewne kilku bardzo literalnych upadków. Obok, tablica z napisem „Ćwiczenia z upadania poziom podstawowy”.
Sabina spojrzała podejrzliwie.
– To metafora? Czy… naprawdę będziemy się przewracać?
Ariel, który witał ich dziś w miękkim swetrze w chmurki, uśmiechnął się spokojnie.
– Prawdziwe upadki mają swoje zalety. Dają grawitacji okazję, żeby o nas zadbała.
– Co to ma wspólnego z pomocą duszom zagubionym? – burknął Janusz, już przygotowany na opór wobec każdej metafory.
Ariel wskazał na materac.
– To, że się przewrócisz, nie znaczy, że jesteś słaby. To, że wstaniesz, nie znaczy, że jesteś gotowy. Ale jeśli nie pozwolisz sobie upaść, nigdy nie poczujesz, jak to jest, kiedy ktoś ci poda rękę. A dziś, uczymy się podawać.
Zapanowała dziwna cisza. Igor pierwszy podszedł do materaca, z zaciętą miną i ciałem jak z betonu.
– No dobra. Lecę.
Runął jak wieżowiec w slow-motion. Dziwnie cicho. Leżał chwilę bez ruchu, aż Ariel klęknął obok.
– No i? Co czujesz?
– Że głupio tak leżeć – przyznał Igor. – I że się wstydzę. Ale też… że trochę mi ulżyło.
– Bo pozwoliłeś sobie na słabość – powiedział Ariel łagodnie. – A to pierwszy krok do siły, która nie musi się niczym zasłaniać.
  Po Igorze kolej przyszła na Martę. Upadła z wdziękiem, jakby ćwiczyła wcześniej jogę w porażkach. Potem Sabina, która zanim się położyła, rzuciła: „Niech to będzie symboliczny upadek mojej iluzji kontroli.”
 Janusz długo się opierał, ale w końcu położył się na materacu powoli, jakby negocjował z grawitacją. I dodał cicho:
– Ja po prostu nie chcę, żeby ktoś znowu powiedział „A nie mówiłem?”.
Ariel tylko skinął głową i położył dłoń na jego ramieniu.
– To powiem coś innego: „Dobrze, że jesteś. Jeszcze tu jesteś.”

 Później usiedli w kręgu. W ciszy, ciepłej, miękkiej, jakby wszyscy mieli na sobie ten sam sweter w chmurki.
– Myślałem, że kurs pierwszej pomocy to będą checklisty i techniki oddechowe – mruknął Igor. – A tu nagle... ja. W środku wszystkiego.
– To właśnie najczęściej pomijana ofiara w sytuacjach kryzysowych – powiedział Ariel. – Ty sam.
Marta parsknęła.
– Czyli najtrudniejsze nie jest się przewrócić. Najtrudniejsze to przyznać, że się już leży.
Sabina dodała:
– I że to nic złego. Że to ludzka pozycja startowa.
Na koniec dnia Ariel rozdawał każdemu karteczki. Na każdej było jedno zdanie: „Dziś pozwolę sobie nie być niezniszczalny.” Niektórzy schowali je do portfela. Inni od razu zgnietli, jakby bali się, że taka myśl zbyt długo noszona zmiękcza wnętrze. Ale każdy z nich, choć może jeszcze o tym nie wiedział, wstał dziś inaczej niż zwykle.

 Skrzydła tymczasowo niedostępne

  W drzwiach ośrodka pojawiła się tabliczka:
„Dziś zajęcia odbędą się w terenie. Ubiór dowolny, ale serce otwarte.”
Niektórzy przyszli w polarach, inni z termosami, Marta przyniosła koc i awaryjną czekoladę. Ariel czekał na nich na ławce przy parku. Wyglądał na zamyślonego.
– Dziś ostatni dzień przed finałem – oznajmił, gdy wszyscy się zebrali. – Pora porozmawiać o skrzydłach. Albo raczej: o ich braku.
– Czy to znów metafora? – zapytał Igor podejrzliwie.
– Tak, ale też... trochę dosłownie – odpowiedział Ariel i podciągnął rękaw.
 Na jego ramieniu wytatuowane były dwa małe pióra. Czarne. Wytarte. Jakby ktoś kiedyś próbował je zmyć, ale się nie dało.
– Kiedy zostałem „czasowo zawieszony” w funkcji Anioła Stróża – zaczął – to nie za grzechy. Raczej... za wypalenie. Za to, że zacząłem za bardzo przeżywać. A nie wolno nam płakać razem z podopiecznym. Takie są zasady.
– I co? – spytała cicho Sabina.
– Więc przestałem być aniołem. Ale nie przestałem być sobą. I choć nie mam już skrzydeł, nadal potrafię siedzieć obok. A czasem to więcej niż latanie.
  Zamilkli. Park był cichy, poza jednym gołębiem, który z determinacją próbował zjeść coś, co chyba było gumą do żucia.
Marta wzięła głęboki oddech.
– To o to chodzi w tym całym kursie? Nie o naprawianie siebie, tylko... o nauczenie się, jak być z kimś, kto się nie naprawił?
– I jak być ze sobą – dodał Ariel. – Kiedy się nie naprawisz. A czasem nie naprawisz. I to też jest OK.
Janusz, który do tej pory trzymał się na dystans, wyjął z kieszeni zdjęcie. Zniszczone, jakby przez lata nosił je w portfelu.
– Mój brat. Umarł pięć lat temu. Od tego czasu... mam wrażenie, że wciąż siedzę przy tym samym łóżku. Że nie wyszedłem. Ani razu.
– Może nie musisz wychodzić – powiedział Ariel cicho. – Może wystarczy, że otworzysz okno. Albo poprosisz kogoś, żeby wszedł do środka.
Janusz spojrzał na resztę. Niektórzy mieli mokre oczy. Ale nikt nie patrzył z litością. Patrzyli z czymś, co trudno nazwać. Może... ze zrozumieniem bez potrzeby rozumienia.

 Zajęcia skończyły się późnym popołudniem. Ariel podziękował każdemu osobno. Zamiast dyplomów dał im po jednym białym piórku. Nie z jego skrzydeł jak zaznaczył, tylko z poduszki emocjonalnej pierwszej pomocy.
– A co z ostatnim spotkaniem? – spytała Marta.
Ariel uśmiechnął się szeroko.
– To już nie spotkanie. To misja terenowa. Każdy z was będzie dziś czyimś przewodnikiem.
– Jak to? – zdziwił się Igor.
– Pomóż komuś, kto się zgubił. Nawet jeśli to tylko sąsiad w sklepie. Albo ty sam, w lustrze.
Zamrugał. I wtedy przez moment, tylko moment, wszyscy byli pewni, za jego plecami zamigotał cień dwóch ogromnych skrzydeł. Ale nikt nie pytał. Bo nie wszystko, co prawdziwe, trzeba rozumieć.

 Misja terenowa

  Poranek rozlał się miękko po mieście, rozświetlając ulice ciepłym, złotym światłem. Każdy uczestnik kursu wstał z poczuciem dziwnej odpowiedzialności, nie za siebie, nie za swoje uczucia, ale za czyjeś zgubione dusze.
 Marta zawiązała szalik, przypominając sobie słowa Ariela: „Pomóż komuś, kto się zgubił. Nawet jeśli to tylko sąsiad w sklepie.” Na chwilę zatrzymała się przed lustrem. Spojrzała w swoje oczy i uśmiechnęła się lekko. Może zaczynać od siebie? Może każdy z nas jest czyimś zagubionym?
Na rogu ulicy spotkała Jana, starszego pana, który codziennie rano karmił gołębie, ale tego dnia stał nieruchomo, jakby zatrzymał się w czasie.
– Dzień dobry, panie Janie – powiedziała ciepło. – Może spacer razem?
Jan skinął głową, a w jego oczach zabłysła iskra życia, której Marta wcześniej nie zauważyła.

  Tymczasem Igor, który na początku kursu był sceptyczny, pomagał młodej kobiecie szukającej adresu. Gdy odprowadził ją na miejsce, usłyszał ciche „Dziękuję”. W tej krótkiej chwili coś się w nim odmieniło, zrozumiał, że nawet drobny gest ma znaczenie.

  Sabina napotkała w parku grupę dzieci bawiących się beztrosko, ale jedna z dziewczynek siedziała samotnie, smutna i zamknięta w sobie. Sabina usiadła obok i zaczęła opowiadać im niesamowite historie o dawnych aniołach i ludzkich sercach. Dziewczynka powoli się uśmiechnęła, a świat zyskał kolejny promyk nadziei.

 Janusz tego dnia odnalazł spokój. Nie dzięki rozmowom, które prowadził, lecz dzięki temu, że pozwolił sobie puścić przeszłość, zostawić bratnią duszę tam, gdzie trzeba, nie w sobie, ale w pamięci.

 Wieczorem cała grupa zebrała się ponownie. Nie było już mowy o byciu „zagubionymi duszami”. Teraz byli przewodnikami, dla siebie i dla innych.
Ariel spojrzał na nich z dumą, choć w jego oczach kryła się melancholia.
– Prawdziwa pierwsza pomoc – mówił – to nie bandaże na rany czy tabletki na ból. To obecność. To umiejętność słuchania bez oceniania. I przede wszystkim – to odwaga, by spojrzeć na siebie i innych z miłością, nawet gdy świat zdaje się nie rozumieć.
 Ariel odszedł powoli, jak ktoś, kto kończy misję, ale wie, że jej owoce będą rosły długo po jego odejściu. I choć jego skrzydła były nadal niewidoczne dla świata, każdy uczestnik kursu czuł, że gdzieś, w cieniu codzienności, unosi się delikatny wiatr, znak, że nie jesteśmy sami.

piątek, 20 marca 2026

"Któż opisze twoje piękno Krakowie prastary" tom I

 Ebook ten, podobnie jak kolejne tomy, stanowi zbiór publikacji poświęconych dziejom Krakowa na przestrzeni wieków. Skupiłem się na opisie miasta od momentu jego założenia aż do końca XIX stulecia. Zakres opracowania ograniczyłem do obszaru średniowiecznego Krakowa, czyli terenu wyznaczonego dzisiejszymi Plantami, w miejscu których niegdyś wznosiły się mury obronne.

Zgromadzone materiały pochodzą z artykułów prasowych oraz książek wydanych około sto lat temu. Zachowano ich oryginalny język i pisownię, co może niekiedy utrudniać lekturę, ponieważ pojawiają się w nich słowa i zwroty dziś już rzadko używane. Wszystkie ilustracje, rysunki i fotografie zaczerpnięto ze źródeł ogólnodostępnych.

Niniejszy tom poświęcony jest przede wszystkim początkom miasta (lokacji) oraz jego systemowi obronnemu — basztom, bramom i barbakanom wraz z ich ilustracjami. W kolejnych częściach znajdą się opisy Rynku, uniwersytetu, krakowskich ulic i kamienic, dawnego sądownictwa, kościołów, przedmieść, przywilejów oraz wielu innych interesujących zagadnień. Mam nadzieję, że zbiór ten zainteresuje miłośników Krakowa.

Ebook ten jak i pozostałe jego napisane do tej pory tomy a także inne ebooki można nabyć w moim sklepie w Payhip oraz Naffy.

                            ----------------------------------------------

Początki miasta

Najdawniejsze wiadomości o starym Krakowie od obcych czerpiemy pisarzy. Są nimi : arabski pisarz Abu Obaid al. Bekri, żyjący w Kordowie w r. 1066, a względnie tego źródło, Ibrahim-ibn-Jakub, Izraelita, żyjący około roku 962 za czasów Ottona. I, oraz czeski kronikarz Kuźma (Costnas).
 Wedle relacyi al-Bekrego istniało za czasów panowania naszego Mieszka Ziemomysłowicza, a zatem w drugiej połowie X wieku, czterech królów w Słowiańszczyznie: jednym był król Bułgarów, drugim Bolesław król Pragi, Boemii i Krakowa, trzecim Mieszek, król północny (polski), czwartym wreszcie Nakun, król na najdalszym Zachodzie.
 Tym więc sposobem za czasów naszego Mieszka Ziemomysłowicza, ojca Bolesława Chrobrego, Kraków należał do Bolesława króla czeskiego, czyli do Czech.
 Mówi dalej Ibrahim-ibn Jakub u al-Bekrego, że w kraju króla Bolesława jest od Pragi do miasta Krakowa trzy niedziele drogi; niemniej, że do Pragi przychodzą z Krakowa Rusy i Słowianie z swemi towarami.
 Z tej relacyi Ibrahima-ibu-Jakuba nie dowiadujemy się właściwie nie nowego, czegobyśmy już dawniej nic byli wiedzieli.
 W szczególności już kronikarz czeski Kuźma praski opowiada w kronice swej pod rokiem 999, że w tym roku książę polski (którego Kużma mylnie Mieszkiem nazywa, był nim bowiem już wówczas Bolesław Chrobry), podstępem zdobył Kraków na Czechach: Jeśli zatem Kraków był jeszcze w r. 999 w posiadaniu Czechów, to był nim niewątpliwie już i za czasów Mieszka Ziemomysłowicza, który dopiero w r. 992 umiera, a gdy Kużma nie wspomina wcale, aby Czesi poprzód kiedykolwiek Kraków na Polakach zdobyli, tedy albo Kraków nigdy przedtem polskim nie tył, lecz powstał odrazu jako gród czeski, albo się to stało tak dawno przed czasami Kuźmy praskiego, iż już o tem zdarzeniu żadna do niego tradycya nie doszła.
  Już więc z Kuźmy praskiego wiedzieliśmy właściwie to, co nam Ibrabim-ibn-Jakub opowiada.
  Ale historycy nasi zbałamuceni bajką naszych kronikarzy, jakoby Krakus książę polski założył Kraków jako stolicy swego państwa, nie mogli żadną miarą zrozumieć, jakim sposobem ta stolica sama bez państwa mogła się dostać w posiadanie Czechów. Poczęli więc podejrzewać wiarogodność wiadomości podanej przez Kuźmę praskiego, co im przyszło tem łatwiej, gdy im al-Bekri zgoła jeszcze znanym nie był. Przypuszczali więc, że wiadomość, podana przez Kuźmę praskiego, opiera się na podrobionym przywileju dla arcybiskupstwa praskiego, jest więc tak, jak i tenże przywilej sam, fałszywą.

Tego zdania był także Józef Szujski, kiedy się w roku 1878 zabierał po raz pierwszy do redakcyi swej rozprawy pod tytułem „Kraków aż do początków XV wieku", w którym to czasie al-Bekri nie był jeszcze znanym naszej literaturze. W tym bowiem właśnie dopiero roku wydał uczony rosyjski Kunik, członek Akademii petersburskiej, pracę al-Bekrego w tłumaczeniu rosyjskiem, którą Dr. Wł. Łebiński dopiero w r. 1887 na język polski przełożył. Po pojawieniu się pracy Kunika uwierzył Szujski w wiadomość podaną przez Kuźmę praskiego o zdobyciu Krakowa na Czechach w r. 999.

A jest ta wiadomość i dlatego pierwszorzędnej wartości, iż rzuca ona, światło na pierwotne położenie starego Krakowa. Już bowiem Szujski poruszył pierwszy myśl, że starego Krakowa szukać należy po prawym brzegu ówczesnego koryta Wisły, że pierwotny Kraków był podgrodziem grodu wzniesionego na Skałce, czyli, że stary Kraków z czasów przed lokacyą na prawie niemieckiem, to późniejsze miasto Kazimirz.

Owo zdobycie Krakowa przez Bolesława Chrobrego na Czechach potwierdza świetnie domysł Szujskiego.

Gdyby stary Kraków był podgrodziem podwawelskiem i łączył się z obszarem całej Polski piastowskiej, nie potrafilibyśmy sobie wytłumaczyć, jakimby sposobem mógł takowy dostać się w posiadanie Czechów, gdy tymczasem posiadanie przez Czechów grodu na Skałce, a zatem po prawym brzegu Wisły położonego, wraz jego podgrodziem, doskonale się tłumaczy.

   Cały Śląsk mianowicie należał do państwa wielkomorawskiego, jak tego dowodzą dukaty wielkomorawskiego księcia Rastezy, przed kilku laty w Gorzowie pod Oświęcimem w znacznej liczbie wyorane. Najdalej na wschód położonemi księstwami śląskiemi były księstwa oświęcimskie i zatorskie, które nabyte przez Kazimirza Jagiellończyka i wcielone do Polski, utworzyły tak zwany powiat śląski. Otóż najdalej na wschód wysuniętą parafią powiatu śląskiego był Czernichów, położony nad samą Wisłą, bliziutko Tyńca; ani wątpić przeto, te pierwotnie stanowiła Wisła częściowo przynajmniej wschodnią granicę śląska, a więc i państwa wielkomorawskiego od Polski.

  Tę granicę należało ubezpieczyć grodami, które nad Wisłą tem bardziej potrzebnemi się okazywały, ileże w owych czasach rzeki były najbardziej uczęszczanemi gościńcami handlowemi, grody więc nad rzekami rubieżowemi położone stanowiły zarazem komory celne, skąd płynął główny podówczas dochód monarszy w gotowych pieniądzach.

Otóż lewy brzeg Wisły naprost Tyńca, który przedstawiał się jako granica Śląska od Polski, ma położenie niskie, niekwalifikujące się wcale pod budowę grodu; natomiast zaraz naprzeciw po prawej stronie Wisły sterczy wspaniała skała tyniecka, jakby stworzona na gród średniowieczny. Na tejto skale tynieckiej przeto wybudowali czyto książęta wielkomorawscy czy też królowie czescy gród rubieżowy po prawym brzegu Wisły.

Po upadku bowiem państwa wielkomorawskiego Śląsk cały dostał się w spuściźnie Czechom, Wisła przeto w górnym swym biegu stanowiła odtąd granicę pomiędzy Polską a Czechami. Otóż ów gród rubieżowy tyniecki mógł był być zarówno przez księcia wielkomorawskiego, jak i przez którego z królów czeskich wybudowany, co dzisiaj rozstrzygnąć się nie da.

Oczywiście Tyniec wówczas nazywał się inaczej; nazwa Tyniec bowiem pochodzi od opata Tuniego, kanclerza Bolesława Chrobrego, a prawdopodobnie pierwszego opata klasztoru Benedyktynów w tymże grodzie założonego, któremu Chrobry gród ów na założenie klasztoru nadał.

Posuwając się od grodu tynieckiego dalej prawym brzegiem Wisły w celu budowy dalszych grodów rubieżowych, natrafiono na skały na Krzemionkach, naprost Zwierzyńca położone. Te skały nie przedstawiały odpowiedniego terenu pod budowę gródka, były bowiem zanadto obszerne, podczas gdy charakterystycznem znamieniem gródków średniowiecznych była ich stosunkowa szczupłość, dozwalająca nawet przy nielicznej załodze skuteczną obronę. Pominięto więc Krzemionki jako niezdatne do budowy gródka i posunięto się dalej prawym brzegiem Wisły, i tu znowu naprost Wawelu, podówczas jeszcze dzikiej skały, trafiono na niewielką skałę czyli Skałkę, bardzo znowu dogodną do wybudowania niewielkiego gródka rubieżowego. Tu więc wybudowano drugi gródek rubieżowy, który od owego założyciela czyli pierwszego grododzierżcy Kraka (oczywiście Czecha lub Wielkomorawianina) wziął nazwę Krakowa. Że bowiem imię Krak jest czysto czeskie a nie polskie, nie ulega żadnej wątpliwości, i gdyby to był Polak, zwałby się prawdopodobnie Krókiem nie Krakiem, a Kraków zwałby się w takim razie Krókowem a nie Krakowem.
  Z tego wynika, że Kraków zawdzięcza założenie swe Wielkomorawianom lub Czechom, że przed przybyciem Czechów w tę okolicę nie istniał wcale jako gród polski, i że nie został nigdy przez Czechów na Polakach zdobyty, lecz że był od samego początku swego i powstał jako gród wielkomorawski lub też czeski. Za tem przemawia silnie także i ten fakt, że przodkowie nasi budowali grody zrazu tylko na rubieżach (granicach) swego kraju, a więc tylko dla obrony przeciw zewnętrznemu nieprzyjacielowi; śródkrajowych zaś grodów nie budowali wcale, gdyż ich nie było potrzeby, albowiem wewnętrzny nieprzyjaciel nie był jeszcze podówczas znany. Tymczasem Kraków dla Polski nie przedstawiał się jako gród rubieżowy, leżał on bowiem tylko na rubieżach od Śląska, a Śląsk to przecież także kraj polski. Mógł więc Kraków powstać jako gród rubieżowy dopiero w chwili, kiedy Śląsk odpadł od Polski i stał się prowincyą zewnętrznego nieprzyjaciela, a zatem najwcześniej dopiero po zagarnieniu Śląska przez państwo wielkomorawskie; że zaś byt zbudowany nie po lewym brzegu Wisły, to jest po brzegu polskim, lecz po brzegu prawym, który podówczas był brzegiem śląskim, to dowód, że powstał nie jako gród rubieżowy polski, ale jako gród rubieżowy śląski, a zatem wybudowany zastał bądź z polecenia książąt wielkomorawskich, bądź królów czeskich.

                                ---------------------------------------------------------

 ..."W dawniejszych widokach zastanawia oko wielka ilość wież (baszt wysokich) któremi gmachy miejskie prawie są zakryte; nowsze ryciny pokażą nam Kraków opasany do koła ogrodem, a raczej lasem topoli, kasztanów, akacyj i innych drzew, pomiędzy któremi wiją się chodniki i ścieszki przechadzek publicznych.
Owe wspomniane wyżej baszty, wystawione w wiekach dawnych kiedy były niezbędnemi warunkami fortyfikacyi miast, zniknęły już wszędzie z upadkiem ich potrzeby, gdy późniejsze udoskonalenia w sztuce wojennej szerokiem rozwinęły się polem.

   Krakowskie baszty dotrwały aż do niedawnych lat; lecz gdy czas zaczął na nie wywierać wpływ niszczący, gdy nakrycia ich opadły a wiązania wewnętrzne uszkadzały słoty; przyszła w pomoc żywiołom ręka człowiecza wtedy, gdy władza miejska (1810-14) mury i baszty prywatnym na materiał budowlany sprzedawać zaczęła, którzy takowe z wyjątkiem trzech i bramy floriańskiej dotąd istnących, rozebrali".

   Takich to wież czyli baszt (licząc w to i bramy) w dawniejszych latach otaczało Kraków 46 a każda z tych była innemu cechowi do obrony oddaną. Liczba ich pomniejszała się z biegiem czasu, gdy niektóre się zwaliły, jak np. od kościoła św. Trójcy ku bramie grodzkiej. W spisie  r. 1739 już tylko wyliczone jest 39 baszt całych, z których 12 wynajętych jest na mieszkanie ludziom uboższym, w 14 mieszkają żołnierze miejscy, w jednej zamieszkuje Magister Justitiae, a reszta w obalinach stoi pustkami. Ustawione były przy murze wewnętrznym i górowały nad przestrzenią po za murem zewnętrznym, tudzież fossami i wałami okrążającemi miasto. Co do kształtu różniły się widocznie jedna od drugiej; nawet nie były jednakiej wysokości, a szczególnie od strony zachodniej, od zamku ciągnące się ku bramie wiślnej, które znacznie były niższe.

   Oprócz mieszczaństwa są także cechy rzemieślnicze, jako obejmujące przeważną część męskiej ludności, obowiązane do służby wojskowej. Występują więc one jako organizacja wojskowa. Ich obowiązkiem jest obrona wałów i murów miejskich. Każdy cech musi mieć własną broń. Armata cechowa ma być zaopatrzona znakami cechu. Rada miejska odbywa periodyczne rewizje tej broni i każe jej braki uzupełniać. Część grzywien pieniężnych ściąganych od członków cechu służy na sprawienie armaty cechowej. Obcy rzemieślnicy przyjmujący prawo miejskie mają dać strzelbę zbrojowni cechowej. Zbroja ta złożoną jest na wieżach wyznaczonych przez radę dla każdego cechu. Zbrojownią zarządza najmłodszy mistrz. Rzemieślnicy nie mają początkowo broni rycerskiej. Uzbrojenie ich składa się z kusz, łuków, halabard, oszczepów i cepów). Od XV w. mają już szyszaki z przyłbicą, pancerze, tarcze litewskie, kirysy). Co roku odbywa się okazowanie broni w cechu, czyli tzw. monstra generalna. Cechy mają się stawić w dniu 1 maja z bronią w swoich kwartałach, a magistrat zaleca, "aby pp. mieszczanie wszyscy z należnem rynsztunkiem, porządnie do chorągwi swych rano i trzeźwo stawali i tamże w skromności należytej się zachowywali".
Panom cechowym służba na basztach wydawała się dosyć uciążliwą, więc wyręczali się swą czeladzią. Ordynacja z r. 1627 poleca dlatego, aby "cechowie osobami swemi, a nie przez czeladź po czterech na każdej baszcie albo wieży sobie zleconej każdą noc odprawować powinni, a tych starszy deputują i zawsze o nich p. burmistrzowi oznajmują, pilnie tego starszy doglądając, żeby ta nowa straż w basztach i wieżach się odprawowała w czujności. Aby się czujność większa po basztach straży pokazała, tedy zegara na wieży kościoła P. Maryi pilnie słuchając, każdy za każdą godziną, ile zegar ten uderzy, mają się do siebie okołem miasta w piszczałki odezwać, a któryby się odezwać za godziną zaniedbał, tejże winie podlegać będzie"

  Niemal we wszystkich wieżach (basztach) części dolne maclochy zwane wypuszczone były na mieszkanie ludziom klas uboższych lub na składy. Najdawniejszy zapis wypuszczenia w dzierżawę baszty poselskiej (wieży murarskiej) jest z r. 1500.

  Z upadkiem niektórych rzemiosł (cechów), baszty przestały być powierzane ich obronie i innym zgromadzeniom rękodzielniczym były oddawane.
   Fortyfikacja nie była jednostajnie w koło silną, mianowicie półkole północne miało podwójne mury z basztami, które wymieniamy, poczynając od pasamoników przy ujściu ulicy Szpitalnej, w kierunku ku Mikołajskiej ulicy: dwie karczmarzy, grzebienników, kartowników, przekupniów, barchaników, czapników; dalej brama Mikołajska broniona przez rzeźników, następnie Nowa brama w rękach piekarzy; dalej szły kordybaników i szychtarzy, kowali siodlarzy,  ryngmacherów i bednarzy.
  Od ulicy ś. Józefa (od zachodu) szły ku północy po kolei baszty: murarzy, rymarzy, iglarzy, Wiślna brama kotlarzy, Szewska, białoskórników potem baszty prasołów, cyrulików, miechowników, kaletników, czerwonoskórników, garncarzy, introligatorów, łaziebników, szewców, Sławkowska brama krawców, wreszcie baszty mieczników, mydlarzów, cieślów, stolarzów wiodą do bramy Floryańskiej.

  Ponieważ południowa część śródmieścia wcieloną została w obręb miasta w w. XIV przeto przypuszczać można, że baszty w północnym tylko półkolu istniejące, przed XIV wiekiem początek wzięły.