czwartek, 12 marca 2026

"Ilustrowana Mitologia Nordycka"

 Wszystkim, którzy interesują się wikingami i ich mitologią przedstawiam dwa ebooki opisujące ten temat. Pierwszy z nich nosi tytuł "Ilustrowana mitologia nordycka" a część druga ma tytuł "Ilustrowana mitologia nordycka - cienie Północy". W tym poście przedstawię część pierwszą a zamiast fragmentów ebooka podam jego spis treści - podobnie zrobię z częścią drugą. Myślę, że te spisy najlepiej pokażą co opisane jest w tych ebookach. Obie części zainteresowani ich przeczytaniem mogą nabyć w sklepach Payhip i Naffy.

„Ilustrowana Mitologia Nordycka” to najpełniejsze, najbardziej dopracowane wizualnie i merytorycznie kompendium o bogach, światach i potworach Północy dostępne w języku polskim.
  Ponad 320 stron treści, ilustracji, bestiariuszy i literackich komentarzy prowadzi czytelnika od narodzin kosmosu w Ginnungagap, przez Dziewięć Światów, aż po proroczy zmierzch bogów – Ragnarök.

Książka odsłania:
- kosmologię Północy — Yggdrasil, światy, istoty i siły tworzące porządek kosmosu,
- bogów i boginie, ich domeny, atrybuty i powiązania,
- olbrzymów, potwory i mroczne byty, w tym szczegółowy bestiariusz kanoniczny,
- runy i magię — opis trzech Ættów, ich znaczeń oraz runicznych powiązań mitologicznych,
- artefakty bogów i najważniejsze przedmioty znane z Edd, sag oraz tradycji późniejszej,
- pełny opis Ragnaröku, oparty na źródłach Poetyckiej i Prozaicznej Eddy.

Całość utrzymana jest w mrocznym, nordyckim stylu, pełnym symboli, ornamentów i ilustracji przygotowanych tak, by oddać grozę, majestat i surowe piękno Mitów Północy.

A oto spis treści tomu pierwszego:

Wstęp – W kręgu bogów i cieni

O wizerunkach istot mitologii nordyckiej – nota autorska

Kosmologia nordycka – Dziewięć Światów

- Wstęp do kosmicznego porządku

- Asgard – Świetlista Twierdza Æsów

- Midgard – Świat Ludzi

- Jötunheim – Kraina Gigantów

- Vanaheim – Dom bogów Vanir

- Alfheim – Kraina jasnych elfów

- Svartalfheim – Królestwo ciemnych elfów

- Muspelheim – Kraina ognia

- Niflheim – Kraina lodu i mgieł

- Helheim – Królestwo Śmierci i Cichego Przeznaczenia

Dodatkowe krainy i miejsca mitologiczne – geografia poza Dziewięcioma Światami

- Niðavellir / Nidavellir – Podziemia krasnoludów

- Útgarðar – Zewnętrzne warownie gigantów

- Helgafell – Święta Góra

- Folkvangr – Pola wojowników Freji

- Gimlé / Gimli – Raj po Ragnarök

- Hvergelmir – Źródło rzek

- Járnvidr – Żelazny Las

- Náströnd – Brzeg trupów

- Himinbjörg – Punkt straży Heimdalla

- Helgrindr i most Gjöll – Wrota do Helheimu

- Ydalir – Dolina Cisów

- Breidablik – Świetlista Sala Baldra

Kronologia Stworzenia – Narodziny świata z pustki Ginnungagap

Wojna Asów i Wanów – Pierwszy Wielki Konflikt Bogów

Bogowie

·         Odyn – najwyższy bóg, władca Asgardu, mądrość, wojna, magia.

·         Thor – bóg piorunów, siły i ochrony, włada młotem Mjölnirem.

·         Loki – trickster, bóg ognia i chaosu, zdolny do zmiany kształtu.

·         Frigg – żona Odyna, bogini małżeństwa i przeznaczenia.

·         Heimdall – strażnik Bifröstu, o niezwykle wyostrzonych zmysłach.

·         Tyr – bóg odwagi i wojny, poświęcił rękę, by związać Fenrira.

·         Baldr – bóg piękna i światła, symbol niewinności.

·         Höðr – ślepy bóg, który zabił Baldr’a podstępem Lokiego.

·         Sif – bogini urodzaju, żona Thora, słynie ze złotych włosów.

·         Bragi – bóg poezji i mądrości.

·         Idunn – bogini młodości, strażniczka złotych jabłek.

·         Fjölnir – mądrość i wiedza (aspekt Odyna).

·         Njord – bóg morza, wiatru i bogactwa.

·         Freyja – bogini miłości, magii seiðr, wojny; dosiada kotów.

·         Freyr – bóg urodzaju, pokoju, dobrobytu.

·         Skadi – bogini zimy, łowiectwa i gór.

·         Váli – bóg zemsty i odrodzenia, narodzony by pomścić Baldr’a.

·         Forseti – bóg prawa, sprawiedliwości i mediacji.

·         Höðr – bóg ciemności, brat Baldr’a, tragicznie uwikłany w jego śmierć.

·         Njörun – mniej znana bogini, żeńska forma Njorda, związana z urodzajem i morzem.

·         Ullr – bóg łucznictwa, zimy i polowań.

·         Eir – bogini uzdrawiania i medycyny.

·         Sigyn – żona Lokiego, symbol lojalności i cierpienia.

·         Ran – bogini morza i utonięć, uzupełniająca morską władzę Njorda.

·         Aegir – bóg mórz i gościnności dla bogów, często z Ran jako partnerką.

·         Hönir – bóg mądrości i ciszy, towarzysz Odyna i Wila w tworzeniu świata.

·         Nanna – żona Baldr’a, symbole miłości i wierności.

·         Fulla – bogini lojalności i opiekunka Frigg.

·         Snotra – bogini mądrości i troski.

Giganci

·         Ymir – praprzodek wszystkich gigantów.

·         Surtr – ognisty olbrzym, który rozpocznie Ragnarök.

·         Thrym – olbrzym, który ukradł młot Thora

 Potwory i mroczne istoty w mitologii nordyckiej - Wielkie Potwory Kosmiczne

·         Fenrir – gigantyczny wilk, syn Lokiego; zabójca Odyna w Ragnarök.

·         Jörmungandr – wąż Midgardu, oplata całą ziemię.

·         Hel – władczyni krainy zmarłych, córka Lokiego.

·         Sleipnir – ośmionogi koń Odyna (również syn Lokiego).

·         Hugin i Munin – kruki Odyna, myśl i pamięć.

·         Garm – mityczny pies strzegący Helheimu.

·         Nidhogg – smok gryzący korzenie Yggdrasila.

 Potwory zrodzone z Gigantów – Mroczne dziedzictwo Jotunów

Istoty Umarłych i Półumarłych

Stworzenia Natury i Chaosu

Bestie Morskie i Lodowe

Stwory Lodowe i Górskie

Istoty związane z magią i podziemiami

Istoty Ragnaröku

Mniejsze potwory i demony z sag

Ragnarök – Zmierzch bogów

Yggdrasil — Drzewo Świata

Norny – te, które przędą los

Norny – Strażniczki ścieżek, które prowadzą ku Przeznaczeniu

Artefakty bogów – Skarby Wiecznego Asgardu

Runy i Magia – Tajemnice Północy

Ludzie Północy — wierzenia, obrzędy i codzienność

Przepowiednie i pełny Ragnarök

Runy i magia w mitologii nordyckiej

Diagram runiczny – opisowy

Aett – Trzy Rodziny Run, Trzy Drogi Przeznaczenia




środa, 11 marca 2026

"Cień Bony" - kryminał

  "Insignia Mortis: Znaki śmierci" to seria powieści kryminalno-historycznych z dodatkiem fantazji rozgrywająca się w Krakowie. Głównym bohaterem jest inspektor policji Adam Lorenz a w rozwiązywaniu zagadek pomaga mu dziennikarka Maja Wilczek. Do tej pory, z tej serii, ukazało się 8 powieści. Są one w formie ebooka a niektóre z nich można nabyć w: Naffy i Payhip . W tym poście zamieszczam fragmenty powieści pt. "Cień Bony".

                                                        -----------------------------------

Cisza w kryptach

  Kraków. Listopadowy wieczór. Mgła sunie nisko nad brukiem, oplatając ulice niczym duch miasta, który nigdy nie zasypia. Stare mury Wawelu majaczą na tle zasnutego chmurami nieba, jak milczący strażnicy minionych wieków. Powietrze przesiąknięte jest wilgocią, zapachem mokrej ziemi i kadzidła, choć tej nocy nie odbywa się żadne nabożeństwo. W dłuższych chwilach ciszy można niemal usłyszeć bicie dzwonów z pobliskiego klasztoru Bernardynów albo jednostajne kapanie wody z rynien porośniętych mchem.
 Z głębi wąskiej uliczki przy bramie Herbowej wyłania się grupa turystów. Niosą plecaki, trzymają w dłoniach aparaty i mapki stylizowane na renesansowy pergamin. To nie zwykłe zwiedzanie, to część gry miejskiej zatytułowanej „Sekret Wawelu”. Organizuje ją nieznana szerzej grupa przewodnicka, znana z niekonwencjonalnych metod i owiana aurą tajemniczości.
 Na ich czele kroczy Stefan Kruk, przewodnik, którego twarz trudno zapamiętać, choć wydaje się znajoma. Łysiejący, o ostrych rysach, w czarnym płaszczu do kolan i kapeluszu z szerokim rondem. Jego ruchy są spokojne, kontrolowane, niemal taneczne, jakby każdy gest był częścią precyzyjnie wyreżyserowanego spektaklu. Mówi niskim, stonowanym głosem. Każde słowo brzmi, jakby miało wagę ołowiu.
– Proszę państwa… tutaj historia oddycha przez kamień. Ale tylko ci, którzy potrafią słuchać, usłyszą jej najgłębszy szept. – Zawiesza głos. – Czy wiecie, gdzie królowa Bona spędziła swoją ostatnią noc w Krakowie
 Turyści milczą. Starszy pan w pikowanej kurtce i kaszkiecie chrząka nerwowo. Kobieta w okularach przesuwa wzrokiem po murach, jakby spodziewała się ujrzeć ukrytą wskazówkę.
– Właśnie tam. – Kruk wskazuje dyskretnie smukły portal prowadzący do krypt wawelskich. – Legenda głosi, że tej nocy królowa nie zmrużyła oka. Modliła się, pisała listy… i zostawiła coś więcej niż słowa. Zostawiła szyfr.
 Gdy wchodzą na dziedziniec zamkowy, ściany zdają się zbliżać. Czas nagle zwalnia. Marmurowe kolumny, rzeźbione głowice, gotyckie sklepienia, wszystko jakby zamrożone w bezczasie. Pod stopami, setki lat historii zaklęte w chłodnym kamieniu. W kryptach panuje przenikliwy chłód. Echo niesie się po surowych, kamiennych ścianach. Grupa powoli przemieszcza się między grobowcami, a Kruk snuje opowieść o Kazimierzu Wielkim, Stefanie Batorym, o pochodzeniu królowej Bony i jej tajemniczym powrocie do Włoch. Jego głos staje się coraz cichszy, bardziej mistyczny. Słuchacze chłoną każde słowo w niemym skupieniu.
 Wśród nich znajduje się profesor Antonio Greco, Włoch, około sześćdziesiątki. Wysokie czoło, ostro zarysowane kości policzkowe, ciemne oczy z błyskiem inteligencji. Mówi po polsku z lekkim, ale wyraźnym akcentem. Kiedy Kruk wspomina o herbie Sforzów, oczy profesora zwężają się z zainteresowania.
– Herb rodziny Sforza przedstawia węża pożerającego dziecko — mówi Kruk, prowadząc ich do jednej z nisz. – Symbol władzy, dominacji i... tajemnicy. Królowa Bona nigdy nie zapomniała, skąd pochodzi.
 Greco podchodzi bliżej. Przykłada dłoń do marmurowej płyty, bada kontury węża. Palec zatrzymuje się na wklęśnięciu, mikroskopijnej rysie, niemal niewidocznej, ale wyczuwalnej pod skórą. Jego oczy błyszczą. Coś wyczuwa.
– Czy to część... gry? – pyta, nie odrywając wzroku od detalu.
– Gra jest tak dobra, jak jej gracze. – Kruk uśmiecha się tajemniczo. – Niektórzy odchodzą z pustymi rękami. Inni... z czymś więcej.
 Reszta grupy oddala się, prowadzona przez współpracownika Kruka. Greco zostaje. Pochyla się nad reliefem, wyjmuje lupę i cienkie narzędzie przypominające skalpel. Ostrożnie wsadza je w szczelinę. Coś w strukturze kamienia przesuwa się. Z wnętrza wypada cienki rulon pergaminu.
Profesor rozgląda się. Nikogo. Otwiera dokument. Czyta tylko fragment: „Civitas Nova... Ordo Lucis... Regina in Cruce...”
  Zapach. Coś metalicznego w powietrzu. Ból głowy. Obraz się rozmywa. W mroku pojawia się Kruk. Stoi tuż za nim.

                                                      ----------------------------------

Cień pod murami

  Niepołomice. Miasto spokojne, zanurzone w jesiennym półmroku, pachnące drzewami Puszczy i wilgocią starych dachówek. Sam zamek, renesansowa perła pośród współczesnej zabudowy, milczał majestatycznie, otoczony ledwie szeptem wiatru. Lorenz wyłączył silnik. Samochód stanął nieopodal bocznego wejścia do starego spichlerza, dziś zamkniętego z powodu remontu. Była późna godzina. Nikt nie zadawał pytań, pracownik techniczny muzeum, zaprzyjaźniony z Mają, zostawił im kopię kluczy i informację, że „dziś nikt nie zagląda”.
  Maja, Karcz i Kucharski podeszli w milczeniu. Nikt nie żartował. Wejście do piwnicy spichlerza było niskie, półokrągłe, z metalową kratą. Lorenz odsunął ją z cichym zgrzytem. Wewnątrz panował chłód i zapach ziemi. W powietrzu wisiał kurz, nie taki zwykły, a gęsty, jakby od lat nikt tu nie oddychał. Maja włączyła latarkę.
— Tam. — Wskazała schody z kamienia, częściowo odsłonięte po usunięciu fragmentu ściany. — To ten tunel.
 Zeszli powoli. Na dole rozciągał się wąski korytarz sklepiony ciosanym kamieniem, na tyle niski, że musieli się schylać. Ściany były wilgotne, miejscami pokryte białym nalotem soli. Po kilku metrach pojawiła się resztka drewnianej podpory, częściowo spróchniała, ale nadal trzymająca się na śrubach z dawno zapomnianej epoki.
— Nikt tego nie zamurował, tylko... ukrył — mruknął Kucharski, stukając w jeden z kamieni. — Ślady łopaty. Tu ktoś grzebał. Ostatnio.
  Maja zatrzymała się przy fragmencie ściany. Wyjęła z plecaka złożoną kartę z symbolem z listów Ferrantego, „Silentium et Manus”. Otworzyła ją i przyłożyła do wyrytego na ścianie znaku. Pasowało.
— To nie przypadek — powiedziała cicho.
Po kolejnych kilkunastu metrach korytarz się rozwidlał. Lewa odnoga była zasypana, zbyt ciasna. Prawa prowadziła do masywnych, żelaznych drzwi, które zaskoczyły wszystkich.
— Niepołomice nie miały takich przejść — zauważyła Maja. — Przynajmniej nie w oficjalnych planach.
Drzwi otwierały się z trudem, skrzypiąc głucho. Za nimi znajdowały się schody prowadzące w górę, spiralne, ciasne, prowadzące... do wnętrza zamku. Wyszli w małym pomieszczeniu gospodarczym, na tyłach krużganków. Zamek był już zamknięty, ale ich znajomy z personelu zadbał o to, by nikt nie przeszkadzał. Lorenz rozejrzał się. Pomieszczenie wyglądało na dawne archiwum lub magazyn. Na półkach walały się zakurzone księgi, skorodowane naczynia i spłowiałe zwoje papieru. Maja sięgnęła po jeden z nich. Był owinięty skórzanym rzemykiem. Ostrożnie go rozwinęła i spojrzała na wyblakły tekst.
— To dziennik jakiegoś zarządcy zamku. Data: 1584 rok — powiedziała z niedowierzaniem. — Zapisano tu, że część podziemi „została ponownie zabezpieczona na życzenie dworu”. Bez szczegółów.
  Karcz znalazł stary kuferek z mosiężnymi okuciami. Otworzył go ostrożnie, w środku kilkanaście małych przedmiotów: pierścienie, medalion z wybitym herbem Jagiellonów, fragment szkła, który wyglądał na część jakiejś lunety.
— To nie Machina, ale... kawałek historii — powiedział z uznaniem.
 Kucharski z kolei natknął się na pergamin z planem. Była to szkicowa mapa zamku i spichlerza, z zaznaczonym właśnie tym tajnym przejściem.
— To była droga ewakuacyjna albo ukryty kanał komunikacyjny. Ale z jakiegoś powodu potem go zamknięto.
 Lorenz nie przerywał. Stał przy jednym z regałów, w ręku trzymając stary wolumin. Nie szukał konkretów. Po prostu... czuł obecność czegoś dawnego, ciężkiego. Historii, która nie znikła. Po prostu czekała. Okazało się, że odkryte pomieszczenie nie miało innego wyjścia i od strony zamku było zamurowane. Nie wiadomo kiedy to się stało więc znalezione przez nich przedmioty mogły tam spokojnie dotrwać do naszych czasów.
 Zeszli z powrotem do tunelu i wrócili tą samą drogą. Na końcu Lorenz zamknął żelazne drzwi i spojrzał na resztę zespołu.
— To miejsce było świadkiem czegoś, czego nie rozumiemy. Może tu przemycano dokumenty. Może ukrywano fragmenty Machiny. A może... po prostu ktoś chciał mieć drogę ucieczki.
— A my? Co robimy dalej? — zapytał Karcz.
Lorenz spojrzał w ciemność korytarza.
— Sprawdzamy kolejne tropy. Ale jedno wiem na pewno: Bona coś tu zostawiła. I to nie był przypadek.

                                                        ------------------------------------

Jeżeli zainteresowały Cię te fragmenty i jesteś ciekawy co była miedzy nimi i jak skończyła się ta powieść (o ile się skończyła) to proponuję zakup tego ebooka (linki na początku posta).



wtorek, 10 marca 2026

"Spadek Josmana" - kryminał

 "Insignia Mortis: Znaki śmierci" to seria powieści kryminalno-historycznych z dodatkiem fantazji rozgrywająca się w Krakowie. Głównym bohaterem jest inspektor policji Adam Lorenz a w rozwiązywaniu zagadek pomaga mu dziennikarka Maja Wilczek. Do tej pory, z tej serii, ukazało się 8 powieści. Są one w formie ebooka a niektóre z nich można nabyć w: Naffy i Payhip . W tym poście zamieszczam fragmenty powieści pt. "Spadek Josmana"

                                       --------------------------------------

 Rok 1310, Kraków, ulica Judengasse

   Wosk świecy skapywał powoli na drewno stołu, tworząc nierówne stalaktyty, które błyszczały w mroku jak zastygłe łzy. W ciasnej izbie, której ściany wyłożono prostymi deskami, Josman nachylał się nad pergaminem. Pióro skrzypiało cicho w rytm jego gorączkowego pisania.
  Za oknem szemrał wiatr, popychając w stronę bramy miejskiej "Portula Judeorum" opadające, pożółkłe liście. Dalekie odgłosy targu, szczęk podków na bruku, nawoływania przekupek, wszystko to zdawało się być oddzielonym od tej izby zasłoną innego świata, świata, którego Josman powoli przestawał być częścią.
  Był człowiekiem już w latach, z twarzą pooraną zmarszczkami i oczami, w których czaiło się zmęczenie życiem. Wśród swoich uchodził za kupca roztropnego i uczciwego, ale sam wiedział, że jego ścieżki handlowe nie zawsze były czyste. Czuł, że czas ucieka, że oto niedługo przyjdzie mu stanąć przed Najwyższym i zdać rachunek ze swego życia.
  Dlatego pisał, nie dla potomnych, ale dla siebie. Chciał zostawić po sobie prawdę, taką, jaką sam ją widział. O córce, której serce oddał komuś spoza wspólnoty. O synach, którzy zamiast wędrować szlakami kupieckimi, splątali swoje losy z mrocznymi interesami. O własnych winach, o decyzjach, których się wstydził.
 Gdy zmarł, jego rodzina, pogrążona w codziennych troskach i walce o przetrwanie, zebrała wszystkie jego rzeczy w pośpiechu. Starą skrzynię z notatkami, księgi handlowe i prywatne zapiski zamknięto razem i odstawiono w kąt, gdzie z czasem zapomnienie przykryło je jak kurz.
  Dziesiątki lat później, kiedy miejsce, gdzie kiedyś mieszkali Żydzi, zostało zrównane z ziemią pod budowę Collegium Artistarum, skrzynia Josmana przepadła w zawirowaniach historii. O dawnych mieszkańcach przypominała już tylko nazwa Kazimierz, nowe miejsce, do którego przemieściła się społeczność żydowska, szukając bezpieczeństwa i nowego początku.
  Ślady Josmana zostały zapomniane. Aż do teraz.

 Kazimierz, Kraków, współcześnie

   Słoneczne światło, rozproszone przez szare chmury, oświetlało starą kamienicę przy ulicy Józefa. Ściany budynku były popękane, a w powietrzu unosił się zapach wilgoci i starości, jakby oddech przeszłości wciąż trwał w murach.
  Na ostatnim piętrze, w ciasnym mieszkaniu pełnym ksiąg, dokumentów i starych map, życie profesora Józefa Michalskiego dobiegło końca. Ciało znalazł jeden ze studentów, który przyszedł na umówioną konsultację.
 Profesor siedział przy masywnym biurku, wśród stosów papierów. Jego sylwetka wydawała się spokojna, niemal zamyślona. Tylko martwe oczy, wpatrzone w przestrzeń, zdradzały, że wszystko, co miał do powiedzenia światu, już wypowiedział. Wokół panowała cisza, przerywana tylko odgłosami starego budynku, skrzypieniem belek, szumem wiatru w szparach okien. Na podłodze, wśród porozrzucanych dokumentów, dostrzec można było ślady niedawnej pracy: fragmenty starych ksiąg, notatki w języku łacińskim i hebrajskim, fragmenty mapy średniowiecznego Krakowa.
 Śmierć, która przyszła do profesora Michalskiego, wydawała się naturalna. A jednak było w niej coś niepokojącego, coś, co sprawiło, że wezwana na miejsce policja spojrzała na sprawę z innej perspektywy.
  Śledztwo rozpoczęło się tego samego dnia. A razem z nim ruszyła lawina wydarzeń, które sięgały głęboko, aż do czasów Josmana, zapomnianego kupca z Judengasse.

 Kazimierz, Kraków
 Kamienica przy ulicy Józefa

   Na klatce schodowej unosił się zapach starej farby, która od lat pokrywała popękane mury. U góry ściany zdobiły wyblakłe resztki niegdyś barwnych fresków, teraz przypominały duchy przeszłości, niemal unoszące się nad głowami.
  Komisarz Adam Lorenz stąpał powoli po skrzypiących schodach, z kołnierzem płaszcza naciągniętym wysoko pod brodę. Zatrzymał się przed lekko uchylonymi drzwiami. W progu stał młody chłopak, chudy, z twarzą bladą jak kreda. Nerwowo poprawiał okulary, a jego dłonie lekko drżały.
  Lorenz zmierzył go chłodnym spojrzeniem. Jego twarz, poorana zmarszczkami niczym wyschnięte koryto rzeki, była zupełnie niewzruszona. Tylko oczy  szare, surowe  zdradzały, że uważnie analizuje każdy szczegół.
– To pan znalazł profesora? – zapytał głosem ochrypłym, chropowatym jak papier ścierny.
Chłopak skinął głową.
– Tak... Ja... Nazywam się Michał. Michał Domański. Pomagałem profesorowi przy archiwizacji. Dzisiaj mieliśmy spotkanie o szesnastej. Drzwi były tylko przymknięte… wszedłem i… – głos mu zadrżał, jakby właśnie uświadamiał sobie powagę sytuacji.
  Lorenz wyciągnął z kieszeni płaszcza paczkę papierosów. Przez chwilę obracał ją w palcach, jakby toczył wewnętrzną walkę, po czym westchnął i schował z powrotem.
– Znalazł go pan przy biurku?
– Tak. Siedział tak, jakby zasnął... Ale od razu wiedziałem, że coś jest nie tak.
  Komisarz wszedł do mieszkania, dając cichy znak aspirantom Karczowi i Kucharskiemu, by poszli za nim. Wnętrze wyglądało jak muzeum zapomnianej historii: książki piętrzyły się na podłodze i meblach, dokumenty,  starannie oznaczone, leżały w równych stosach, a ściany ozdobione były mapami o postrzępionych, nadpalonych brzegach. W powietrzu unosiła się woń starego papieru, kurzu.
 Na biurku przed profesorem leżał rozłożony pergamin, a nad nim zwisała pojedyncza lampa, rzucająca blady krąg światła niczym księżyc nad tajemnicą.
Kucharski założył rękawiczki i zbliżył się ostrożnie do ciała.
– Brak widocznych śladów przemocy – mruknął, bardziej do siebie niż do innych. – Ale coś tu mi nie pasuje.
Lorenz podszedł bliżej. Przez chwilę tylko patrzył, milcząc.
 Profesor Michalski wyglądał niemal spokojnie, jakby zasnął wśród dokumentów, które znał i kochał bardziej niż ludzi. Tylko jego szeroko otwarte oczy, nieruchome, puste, zdradzały, że ten sen został przerwany nagle, brutalnie.
Komisarz zmarszczył brwi.
– Drzwi zamknięte, żadnych śladów włamania... – wymamrotał. – Nagły zgon? Zawał? Może... Ale coś się tu nie zgadza.
 Karcz, młodszy z aspirantów, podszedł do Michała.
– Wspomniałeś, że pomagałeś przy dokumentach. Nad czym pracowaliście ostatnio? – zapytał łagodnie.
Michał poprawił okulary, nerwowo oblizując usta.
– Profesor... ostatnio wspominał, że natrafił na coś niezwykłego. W starych księgach. Ale nie chciał powiedzieć, co dokładnie. Mówił tylko, że to może zmienić nasze rozumienie średniowiecznego Krakowa. Że to odkrycie ma ogromne znaczenie.
Lorenz przymrużył oczy, jakby słowa chłopaka właśnie zasiały w nim niepokój.
– Kiedy ostatni raz widział go pan żywego?
– Wczoraj wieczorem. Wyszedłem około dziewiętnastej. Profesor był w świetnej formie. Żartował nawet, że "czasem przeszłość potrafi ugryźć człowieka w rękę". Wtedy myślałem, że mówi to z przekąsem... Teraz już nie jestem pewien.
 W pokoju zapadła cisza, ciężka, duszna. Jakby cały świat na chwilę wstrzymał oddech.
 Lorenz raz jeszcze rozejrzał się po pomieszczeniu. Jego wzrok zatrzymał się na jednym z regałów. Wśród książek stała niewielka, zamknięta skrzynia, z ciemnego drewna, inkrustowana metalem, wyraźnie starsza niż reszta rzeczy w pokoju. Nie dotknął jej. Jeszcze nie. Odwrócił się do aspirantów.
– Karcz, Kucharski. Zabezpieczyć miejsce. Pełna dokumentacja. – Spojrzał na Michała. – Pan pojedzie z nami na komisariat. Spiszemy dokładne zeznania.
Gdy wychodzili, Lorenz jeszcze raz zerknął na ciało profesora. W tej śmierci było coś więcej niż kurz i starość. Pachniało tajemnicą. Tajemnicą, która czekała od wieków. I właśnie teraz, w tej starej kamienicy, zaczęła przemawiać.

                   ------------------------------------------------------

W cieniu starych ksiąg

  Maja i Lorenz zatrzymali się przed masywnymi, drewnianymi drzwiami Archiwum Kazimierza. Wieczorne światło latarni kładło się na brukowanej ulicy miękkimi smugami, jakby samo miasto szeptało sekrety przeszłości. Chłodny wiatr przewracał stare, pożółkłe kartki ogłoszeń przyklejone do ścian, szeleszcząc nimi niczym stary pergamin.
— Gotowy? — zapytała Maja, uśmiechając się lekko.
Lorenz skinął głową. Zaciskając szczęki, pchnął ciężkie drzwi.
 Wnętrze archiwum przywitało ich zapachem, pergaminu i oddechem pokoleń, które od stuleci przewracały tu karty ksiąg. Cienie tańczyły pod rozkołysanymi żarówkami, a cisza miała tu własną gęstość.
Maja prowadziła pewnie. Wiedziała, czego szukać. W głębi, w jednej z bocznych sal, pod przygaszonymi lampami, czekały na nich opasłe tomiszcza: księgi hipoteczne z XIV i XV wieku, krzyżujące się zapiski o ziemiach, domach, transakcjach i nazwiskach, które splatały historię Krakowa niczym wątki dawno zapomnianego gobelinu.
  Przez długie minuty Maja kartkowała kolejne strony. Jej palce, przyzwyczajone do pracy z delikatnymi dokumentami, przesuwały się ostrożnie po wyblakłych linijkach tekstu, niemal głaszcząc pergamin.
I wtedy...
— Mam coś — powiedziała cicho, prawie szeptem.
Lorenz natychmiast pochylił się nad nią. Na jednej z kart, zapisanej nieco chaotyczną, pośpieszną ręką, widniał fragment: „Dom przy Bramie Żydowskiej, niegdyś własność rodziny Josman, przechodzi w ręce Abrahama Lewina, zięcia Mojżesza Josmana, na mocy aktu małżeństwa i przysięgi dziedziczenia, spisanego przed Radą Miejską Roku Pańskiego 1362.”
Lorenz przeczytał raz, potem drugi, mrużąc oczy.
— Czyli... Josmanowie nie zniknęli. Po prostu zmienili nazwisko — mruknął.
Maja skinęła głową, wyraźnie ożywiona.
— Dokładnie. — Jej głos zabrzmiał niemal triumfalnie. — Dlatego wcześniejsze dokumenty były tak mylące. Nazwisko Josman używane było zbiorczo dla starego rodu, ale ich potomkowie funkcjonowali już pod nowymi nazwiskami: Lewin, Adler... czasem zmienianymi później przez małżeństwa lub przymusową asymilację.
Lorenz odłożył księgę, marszcząc czoło.
— A to oznacza — powiedział, patrząc Mai prosto w oczy — że jeśli ktoś dziś nosi nazwisko Lewin albo Adler, i pochodzi z tej linii, to prawnie może rościć sobie prawo do tych działek.
  Maja pochyliła się nad kolejną kartą, jakby chciała wchłonąć jej treść całym ciałem.
— Teraz najważniejsze pytanie: kto jeszcze o tym wie? I kto próbuje zatrzeć te ślady?
W ciszy archiwum rozległ się tylko cichy szelest przewracanych stron. Lorenz wyprostował się, omiatając wzrokiem półmrok sali, w którym ukrywały się rzędy zapomnianych ksiąg i ciężkich regałów.
— Musimy sporządzić listę nazwisk i prześledzić ich współczesnych potomków — powiedział cicho. — To jak układanie puzzli, z których każdy kawałek ma siedemset lat.
Maja przytaknęła, poważniejąc.
— Ale jeśli się nie pospieszymy — dodała — ktoś inny ułoży je pierwszy... i zamknie prawdę na zawsze.
  Pod ciężkimi drzwiami archiwum Lorenz na moment się zatrzymał. W półmroku za ich plecami zostawała historia, żywa, drgająca i równie niebezpieczna jak teraźniejszość.
— Zaczynamy prawdziwe śledztwo — powiedział cicho, bardziej do siebie niż do Mai. — I tym razem musimy być szybsi.
  Wyszli na zimną noc, zostawiając za sobą mroczne tajemnice zaklęte w starych księgach.

                              ---------------------------------------------------

Ostatnie przygotowania

Kraków – mieszkanie Mai – późny wieczór

   Stół w salonie Mai przypominał teraz sztab dowodzenia, centrum operacji, która miała rozgrywać się pod ziemią.
  Na blacie rozłożone były plany Collegium Minus, szkice odnalezionego wejścia, notatki o zapomnianych tunelach i dokumenty dotyczące zasad bezpieczeństwa budowlanego.
Lorenz, z marsową miną, wertował listę potrzebnego sprzętu. Maja siedziała naprzeciwko niego, pochylona nad małym, skórzanym notesem, w którym zapisywała ostatnie uwagi. Profesor Leszczyński krążył wokół stołu, co chwilę przystając, jakby w myślach odtwarzał każdy krok nadchodzącej wyprawy.
— Jeśli chcemy zejść tam bezpiecznie — odezwał się w końcu profesor, przerywając ciszę — musimy zrobić to dobrze. Bez improwizacji.
Lorenz skinął głową.
— I bez rozwalania połowy piwnicy Collegium — dodał z lekkim uśmiechem. — Bo wyniosą nas stamtąd razem z gruzem.
Profesor odpowiedział podobnym uśmiechem, ale zaraz spoważniał.
— Najpierw potrzebujemy lekkiego sprzętu do zejścia — kontynuował. — Lina z uprzężami albo składana drabina alpinistyczna.
Maja szybko zanotowała.
— Światło — dodała. — Silne reflektory akumulatorowe. I zapasowe latarki. Dużo zapasowych latarek.
Profesor nachylił się nad szkicem Collegium.
— I czujniki powietrza — mruknął. — Jeśli za tymi ścianami od wieków nie było ruchu powietrza, mogą występować groźne gazy.
Maja uniosła głowę.
— Skąd wszystko wziąć... dyskretnie?
Lorenz uśmiechnął się pod nosem.
— Mam znajomych w grupie ratownictwa technicznego. Wypożyczymy sprzęt "na ćwiczenia". Bez zbędnych pytań.
Leszczyński pokiwał głową z uznaniem.
— Przemyślane.
  Zapadła cisza. Każde z nich wiedziało, że to, co planują, wykracza poza zwykłą eksplorację. Zejdą w przestrzeń, gdzie czas zatrzymał się siedemset lat temu.
Maja spojrzała na nich z powagą.
— Robimy to nie dla siebie — powiedziała cicho. — Robimy to, by historia Josmana nie została pogrzebana. I by prawda, nawet trudna, mogła znów ujrzeć światło dzienne.
  Lorenz skinął głową. Profesor poprawił okulary i uśmiechnął się smutno.
— Historia to nie tylko chwała — powiedział.  To także grzechy i winy, które wielu wolałoby pogrzebać w ciszy.
Za oknami Kraków zasypiał, oświetlony bladym światłem latarni. Ale w ich świecie noc dopiero się zaczynała. Lorenz zamknął notatnik z suchym trzaskiem i spojrzał na towarzyszy.
— Jutro o świcie — powiedział stanowczo. Schodzimy pod ziemię.

                                      --------------------------------------------

Jeżeli zainteresowały Cię te fragmenty i jesteś ciekawy co była miedzy nimi i jak skończyła się ta powieść (o ile się skończyła) to proponuję zakup tego ebooka (linki na początku posta).



 

poniedziałek, 9 marca 2026

"Klątwa alchemika" - kryminał

 "Insignia Mortis: Znaki śmierci" to seria powieści kryminalno-historycznych z dodatkiem fantazji rozgrywająca się w Krakowie. Głównym bohaterem jest inspektor policji Adam Lorenz a w rozwiązywaniu zagadek pomaga mu dziennikarka Maja Wilczek. Do tej pory, z tej serii, ukazało się 8 powieści. Są one w formie ebooka a niektóre z nich można nabyć w: Naffy i Payhip . W tym poście zamieszczam fragmenty powieści pt."Klątwa alchemika".

  Krakowski Kazimierz. Wąska uliczka skąpana w mdłym, porannym świetle. Mgła unosi się nad wilgotnym brukiem, snując się leniwie między starymi kamienicami, których fasady pamiętają czasy, gdy po tych ulicach stąpali kupcy, alchemicy i rabini. W powietrzu czuć zapach wilgoci, starego kamienia i historii, która przez wieki wsiąkała w mury tego miejsca niczym atrament w pergamin.

  Kilku robotników pracuje przy renowacji jednej z zabytkowych kamienic przy ulicy Ciemnej. Dźwięki stukotu młotków i szelest przesypywanego gruzu niosą się echem wśród wąskich zaułków. Jacek Szewczyk, mężczyzna o mocnych dłoniach i twarzy poznaczonej zmarszczkami od lat spędzonych na budowach, z wysiłkiem wbija łopatę w ziemię. Gdy narzędzie uderza w coś twardego, zatrzymuje się, marszcząc brwi.

— Co do cholery…? — mruczy, odrzucając łopatę i klękając nad znaleziskiem.

  Z ziemi wystaje metalowy pierścień, zardzewiały i pokryty warstwą ziemi. Jacek unosi wzrok, wołając kolegów, którzy natychmiast podchodzą, ciekawość wygrywająca z rutyną pracy. W napiętej ciszy szarpią za pierścień, próbując podważyć znalezisko. Po chwili ciężkich sapnięć i przekleństw pod nosem, właz ustępuje, ukazując wąskie, kamienne schody prowadzące w mrok.

— Co do diabła…? — ktoś szepcze, wyciągając latarkę.

  Wilgotne powietrze unosi się z czeluści, przynosząc zapach stęchlizny, kurzu i czegoś jeszcze, metalicznego, ostrego, niemal żelazistego. Przypomina rdzę. Albo krew. Serce Jacka przyspiesza, gdy powoli stawia stopę na pierwszym stopniu i schodzi w dół, omiatając latarką przestrzeń przed sobą.

  Mrok ustępuje fragmentom ceglanego pomieszczenia. Sklepiony sufit nad głową, pokruszone cegły w ścianach. W samym środku izby stoi pokryty kurzem stół, którego masywna powierzchnia zdaje się kiedyś służyć alchemicznym eksperymentom. Butelki, fiolki, naczynia, większość rozbita, ale niektóre wciąż zdają się skrywać resztki tajemniczych substancji.

  Ale to nie stół przykuwa wzrok Jacka.

  W kącie piwnicy spoczywa coś, co jeszcze niedawno było człowiekiem. Postać w długiej, ciemnej szacie, skulona jakby w ostatnim, rozpaczliwym geście. Jej dłonie, zesztywniałe przez czas, kurczowo zaciskają się na czymś niewidocznym. Kiedy jeden z robotników zbliża się i delikatnie dotyka materiału, ten rozsypuje się w pył. Skóra denata, jeśli można to jeszcze nazwać skórą, jest napięta na kościach, a oczy, czarne otwory, zdają się wpatrywać w pustkę. Wychudzone palce ściskają pergamin, zbyt kruchy, by go rozwinąć, lecz wciąż pokryty tajemniczymi symbolami.

  Latarka odbija się od czegoś błyszczącego. Mała, szklana fiolka z resztkami bursztynowego płynu. Obok niej kilka pergaminów, niektóre częściowo nadgryzione przez czas i wilgoć, pokryte gęstymi inskrypcjami w języku, który na pierwszy rzut oka wydaje się nieznany. Tuż obok pierścień, masywny, pokryty patyną, z wytłoczonym alchemicznym symbolem.

— Matko Boska… — szepcze Jacek, cofając się o krok, jego głos drży.

  Jeden z robotników przeciera dłonią twarz, jakby chciał się upewnić, że to, co widzi, nie jest snem.

— Musimy wezwać policję — mówi w końcu ktoś, ale ich głosy brzmią cicho, jakby bali się, że obudzą coś, co od dawna powinno pozostać uśpione.

  Nie wiedzą jeszcze, że właśnie odkopali tajemnicę, która nigdy nie miała ujrzeć światła dziennego.

 

    Komisarz Adam Lorenz i jego ekipa docierają na miejsce znaleziska. Piwnica zostaje odpowiednio zabezpieczona, technicy kryminalistyczni ustawiają mocne lampy, które rzucają długie, złowrogie cienie na ceglane ściany. W powietrzu unosi się zapach wilgoci i starego papieru, pomieszany z czymś ostrzejszym, przypominającym stare chemikalia, które zdają się wgryzać w nozdrza.

  Lorenz, mężczyzna po czterdziestce o surowych rysach i czujnym spojrzeniu, przygląda się zwłokom. Ciało, jeśli można to tak jeszcze nazwać, jest niemal mumifikowane, jakby czas zatrzymał się w tej piwnicy na setki lat. Ale to jego ułożenie budzi największy niepokój. Postać nie leży spokojnie, wygląda, jakby zamarła w trakcie jakiegoś rytuału, próbując ostatkiem sił zapisać coś na pergaminie, który nadal tkwi w jej sztywnych, zakurzonych palcach.

— Zróbcie zdjęcia pod każdym kątem — poleca technikowi, ściszonym, ale stanowczym tonem. — I ostrożnie z tym pergaminem. Jeśli to autentyczny dokument z epoki, może się rozsypać przy najmniejszym dotyku.

  Latarki omiatają przestrzeń piwnicy, wydobywając z mroku kolejne szczegóły. Stół alchemiczny, pokryty grubą warstwą kurzu i pleśni, wciąż skrywa fiolki z wyschniętymi resztkami substancji. Niektóre mają na sobie ledwo widoczne, wypłowiałe inskrypcje, które będą musiały zostać poddane ekspertyzie. W rogu pomieszczenia znajdują się półki, na których ustawiono zardzewiałe naczynia, menzurki i coś, co przypomina retortę do destylacji.

— Wygląda na to, że mieliśmy tu do czynienia z pracownią alchemiczną — stwierdza jeden z techników, pochylając się nad znaleziskiem. Jego palce zbliżają się do pokrytej kurzem fiolki, ale w ostatniej chwili cofa rękę. — Może nawet z epoki Wazów.

Lorenz spogląda na niego uważnie, mrużąc oczy.

— To by się zgadzało — mruczy, przesuwając dłonią po krawędzi starego stołu. — A to oznacza, że możemy mieć do czynienia z czymś więcej niż tylko zwykłym morderstwem sprzed wieków.

  Technicy kryminalistyczni zabezpieczają teren, fotografując każdy detal. Wtedy Lorenz zauważa coś, co nie daje mu spokoju, wzór na podłodze, delikatna linia biegnąca wokół fragmentu ceglanego muru. Coś jest nie tak. Podchodzi bliżej, przykładając dłoń do chłodnych cegieł.

— Ta część jest nowsza niż reszta murów — mówi powoli, bardziej do siebie niż do kogokolwiek innego.

  Jeden z techników, młody mężczyzna o bystrych oczach, dostrzega niewielkie wgłębienie w kształcie pierścienia.

— Może ten pierścień pasuje? — sugeruje, podnosząc znalezioną wcześniej ozdobę.

  Zapada chwila napiętej ciszy. Wszyscy wstrzymują oddech, gdy pierścień zostaje umieszczony we wnęce i delikatnie przekręcony. Po sekundzie, która wydaje się trwać wieczność, zgrzyt mechanizmu rozbrzmiewa echem po piwnicy. Mur powoli, z oporem, przesuwa się na bok, odsłaniając przejście do wąskiego, ciemnego korytarza.

  Pierwsze promienie latarki wpadają do ukrytego pomieszczenia. Wewnątrz znajdują się półki wypełnione starymi księgami, ich grzbiety pokryte pleśnią i kurzem, a także naczynia alchemiczne i kolejne fiolki z tajemniczymi substancjami. Pośrodku pomieszczenia stoi kamienny ołtarz z dziwnymi wyżłobieniami, jakby dostosowanymi do konkretnych przedmiotów. Na jednej ze ścian widnieje wypalony w cegle symbol, jajo filozoficzne, jedno z kluczowych znaków alchemików.

Lorenz powoli przeczesuje wzrokiem skryte w mroku przedmioty.

— Ktoś tu coś ukrył — mówi cicho, prawie do siebie.

Zapada głucha cisza, przerywana jedynie cichym kapanie wody gdzieś w głębi korytarza. Technicy wymieniają spojrzenia, jakby niepewni, czy chcą wiedzieć, co jeszcze skrywa to miejsce.

Zanim znalezione zwłoki zostaną wyniesione, Lorenz sięga po telefon i wybiera numer.

— Muszę tu kogoś ściągnąć — mówi do słuchawki. — Profesora Antoniego Rutkowskiego. Potrzebujemy eksperta od historii. I to natychmiast.

  Wiedział, że to, co odkryli, to dopiero początek. A prawdziwa tajemnica dopiero czeka na odkrycie.

                           -------------------------------------------------

Retrospekcja: Laurentius Faber – Badacz Tajemnicy

Kraków, 10 października 1602 roku – komnata nad zakrystią klasztoru Dominikanów.

  Płomień oliwnej lampy rzucał drżące cienie na ściany wyłożone księgami, mapami nieba i rycinami anatomicznymi. Nad nimi, zawieszone suszące się zioła, a w kącie, wielki alembik, który w tej chwili syczał i bulgotał jak żywa istota. Laurentius Faber pochylał się nad nim, z lupą w ręku, jego długie palce plamiły atramentem i żółcią bizmutu kartkę, na której kreślił:

„Nie ma granicy między przemianą ołowiu a przemianą duszy. Kto rozdziela materię od ducha, nigdy nie zbliży się do prawdy.”

  Miał oczy głęboko osadzone, nerwowość na twarzy i dłonie wiecznie drżące, nie ze starości, ale z niepokoju. W jego spojrzeniu tliło się coś więcej niż ciekawość uczonego. Tliła się obsesja. Od miesięcy nie opuszczał pracowni dłużej niż na kilka godzin. Żył głównie wywarem z kory chinowej, pieczonym chlebem i… ciszą.

Na jednej ze ścian wisiał plan krakowskich podziemi, z zaznaczonymi punktami, które nazwał „bramami planetarnymi”. Ulicę Ciemną otoczył czerwonym atramentem w kształcie okręgu z wpisanym heksagramem.

„Pod Ulicą Ciemną coś oddycha. Nie skała. Nie historia. Rzecz starsza.”

Obok pergaminu, lustro. Stare, ołowiane, nieco pęknięte w dolnym rogu. Faber czasem mówił do niego, jakby ono rozumiało. A może rzeczywiście rozumiało?

  Pewnego dnia, zapisując kolejną stronę notatnika, nagle zatrzymał pióro. Zamilkł, jakby usłyszał coś spoza ścian.

Spojrzał na kartkę, po czym odwrócił ją i zaczął pisać… lustrzanym pismem. Od tego momentu, większość jego zapisków była odwrócona, jakby miał nadzieję, że tylko „inni” będą potrafili je przeczytać.

 

   Komisariat pachniał kawą i papierosowym dymem. Długi, słabo oświetlony korytarz prowadził do niewielkiego pokoju przesłuchań, gdzie Lorenz rozłożył wszystkie dowody na stole pod tablicą korkową, oblepioną zdjęciami, szkicami i notatkami. Na środku leżały przedmioty zabezpieczone z ciała tajemniczego mężczyzny, fragmenty tkaniny, ręcznie szyty but, metalowa fiolka, a obok nich, misternie wykonany kieszonkowy zegarek.

  Drzwi otworzyły się z lekkim skrzypnięciem. Maja Wilczek weszła pewnym krokiem, trzymając w ręku notatnik i pogniecioną kopertę. Na twarzy miała determinację zmieszaną z niepokojem.

Mam kilka nowych informacji. rzuciła, zdejmując płaszcz.

Lorenz oderwał wzrok od notatek, lekko uniósł brwi.

I co masz?

Możliwe, że ten człowiek… to Laurentius Faber. Alchemik z dworu Zygmunta III Wazy.

Komisarz zmarszczył czoło. Przez chwilę nie odpowiedział.

Brzmi szalenie.

Maja wzruszyła ramionami, podchodząc do stolika z dowodami.

A co nie brzmi szalenie w tej sprawie? rzuciła półgłosem, wskazując na zegarek leżący wśród rzeczy zmarłego.

  Ujęła go ostrożnie, jakby bała się, że dotyka czegoś więcej niż tylko metalu. Zegarek był ciężki, wykonany z mosiądzu, miejscami zdobiony nieregularnym grawerem. Na wieczku wytarte inicjały, prawdopodobnie "L.F.".

Maja delikatnie otworzyła wieczko.

  Wewnątrz znajdowała się rytualna inskrypcja, wyryta ręcznie na wewnętrznej stronie obudowy. Łacińskie litery błyszczały w świetle lampy:

„Tempus est circulus. Clavis ad transmutationem non est aurum, sed intellectus.”
(Czas jest kołem. Kluczem do transmutacji nie jest złoto, lecz umysł.)

Na moment zapadła cisza. Taka, która wydaje się głośniejsza od jakichkolwiek słów.

On wiedział. powiedziała Maja cicho, niemal szeptem.

Lorenz spojrzał na nią spod byka.

Ale co dokładnie?

Maja zamyśliła się, wpatrując się w litery, jakby próbowała zobaczyć w nich coś więcej, niż było napisane.

Możliwe, że eksperymentował na sobie. odparła w końcu. Może rzeczywiście znalazł sposób na transmutację… ale coś poszło nie tak. Może... został przeniesiony. W czasie.

  Lorenz odsunął się od biurka i podszedł do tablicy na ścianie. Jego oczy błądziły między zdjęciem ciała, rysunkiem symbolu transmutacji, a mapą starego Krakowa. W narożniku widniała data: 1622.

Jeśli to prawda… — zaczął, powoli, ostrożnie, jakby ważył każde słowo. — To co teraz? Rutkowski zniknął. Zostawił nam tylko ten symbol… i kilka niepokojących notatek. Może on też coś odkrył. Może… ktoś go powstrzymał.

Maja skinęła głową, dalej wpatrując się w zegarek.

Może obaj byli bliżej prawdy, niż komukolwiek się wydawało. odpowiedziała. I może komuś bardzo zależało, żeby nikt się o tym nie dowiedział.

Na tablicy ktoś wcześniej przypiął sznurkiem dwie kartki — na jednej symbol transmutacji, na drugiej reprodukcję alchemicznego diagramu Fabera. Maja wzięła pinezkę i połączyła je z zegarkiem. Linia połączenia przecinała centralny punkt koła.

Zobacz. powiedziała. To nie są przypadkowe elementy. To wszystko układa się w schemat. I wygląda na to, że właśnie znaleźliśmy klucz.

Zaczynam mieć wrażenie, że to nie śledztwo tylko wejście w coś, co miało pozostać zamknięte.

Maja uniosła wzrok, poważna.

Jedno jest pewne. powiedziała, zamykając zegarek z suchym kliknięciem. Ta zagadka dopiero się zaczyna.

  Lorenz spojrzał przez okno. Za szybą miasto tonęło w wieczornym półmroku, a gdzieś w oddali biły dzwony. Ciche, jak ostrzeżenie.

                    -------------------------------------------------------

  Atrium Obscurum, rozległa, kolista sala skąpana w półmroku, zdawało się ich oczekiwać. W jego wnętrzu wciąż tkwiły tajemnicze symbole, wyryte na kamieniach i podłodze, oraz rytualne przyrządy, które wyglądały, jakby przed chwilą ktoś je odłożył. Nie było tu kurzu, pajęczyn, żadnych oznak starości. Każdy przedmiot był dokładnie tam, gdzie powinien. Nawet powietrze miało ten sam, ciężki zapach starej magii i żelaza.

  Maja zatrzymała wzrok na podwyższeniu, gdzie niegdyś spoczywała Księga Przeobrażenia. W tym samym miejscu, gdzie jeszcze niedawno trzymała ją w dłoniach. Na ułamek sekundy poczuła zawroty głowy, jakby wspomnienia wracały zbyt intensywnie, ale szybko odzyskała równowagę. Wiedziała, że Zakon Alchemików może mieć w tym miejscu jeszcze wiele tajemnic. Czuła też, że coś tutaj wciąż czeka, coś nieuchwytnego, jak cień w drugim kącie oka.

  Lorenz, przyglądając się przestrzeni, ścisnął w dłoni metalowy amulet. Symbol transmutacji, wyjęty z jednego z manuskryptów Kosińskiego, pulsował ciepłem, jakby reagował na obecność czegoś, co istniało poza ludzkim pojmowaniem. Spojrzał na pozostałych.

– Jeśli Zakon nas obserwuje – powiedział cicho – to już wiedzą, że tu jesteśmy. Nie ma sensu błądzić po omacku. Musimy ich wezwać.

  Stanął w centrum pomieszczenia, miejscu, które zdawało się naturalnie promieniować energią. Z uniesionym amuletem zatoczył w powietrzu krąg, szepcząc słowa z najstarszego znanego manuskryptu alchemicznego. Jego głos był cichy, ale niosło się w nim coś... starożytnego. Jakby sam język miał moc zaklinania rzeczywistości.

  Początkowo nic się nie wydarzyło. Sala trwała w ciszy. Ale potem, niemal niezauważalnie, cienie zaczęły się poruszać. Nie było źródła światła, a jednak mrok przesuwał się po ścianach, zmieniając kształty, jakby coś wślizgiwało się między wymiarami. Przestrzeń zafalowała. W kącie sali, pomiędzy kolumnami, pojawiła się postać. Nie do końca ludzka.

  Był to cień, humanoidalna sylwetka, ale rozmazana, jakby należała do rzeczywistości równoległej. Jej kontury migotały, raz wyraźne, raz rozpływające się w ciemności.

– Wiedzieliśmy, że wrócicie – przemówił głos, który był jak echo bijące z dna jaskini. Głębokie, szeleszczące, ciężkie od znaczeń. – Jesteście blisko. Ale czy wiecie, co naprawdę oznacza poszukiwanie Księgi? Czy jesteście gotowi ponieść konsekwencje?

Lorenz, nie spuszczając wzroku z postaci, odpowiedział spokojnie, ale stanowczo:

– Jesteśmy gotowi poznać prawdę. Chcemy zrozumieć, czym naprawdę jest Księga i co się stało z profesorem Rutkowskim oraz innymi badaczami. Jesteśmy gotowi zapłacić cenę, jeśli trzeba.

  Cień przysunął się nieco bliżej. Jego kształt stawał się coraz bardziej szczegółowy, twarz była częściowo widoczna, ale zamiast rysów miała strukturę jakby utkanej mgły.

– Zrozumienie to tylko początek – powiedział. – Księga Przeobrażenia to jeden z kluczy. Ale istnieją inne. Więcej niż jedno bractwo pragnie tej mocy. A wiedza... wiedza nie daje tylko światła. Ona pali.

  Zapadła cisza. Cień zdawał się studiować ich twarze, jak nauczyciel oceniający uczniów przed egzaminem, który przetrwa jedynie jeden.

– Jeśli pójdziecie dalej – ciągnął – nie będzie już odwrotu. Zakon Alchemików nie pozwoli wam odejść z pełną wiedzą. Będziecie musieli dokonać wyboru. I ten wybór... będzie was definiował.

  Zamilkł. Przez moment w sali słychać było tylko oddechy grupy. Po czym cień cofnął się powoli, aż w końcu rozpłynął się w mroku, tak nagle, jak się pojawił. Na stole znowu leżała Księga Przeobrażenia.

                                  -----------------------------------------

Jeżeli zainteresowały Cię te fragmenty i jesteś ciekawy co była miedzy nimi i jak skończyła się ta powieść (o ile się skończyła) to proponuję zakup tego ebooka (linki na początku posta).