poniedziałek, 9 marca 2026

"Klątwa alchemika" - kryminał

 "Insignia Mortis: Znaki śmierci" to seria powieści kryminalno-historycznych z dodatkiem fantazji rozgrywająca się w Krakowie. Głównym bohaterem jest inspektor policji Adam Lorenz a w rozwiązywaniu zagadek pomaga mu dziennikarka Maja Wilczek. Do tej pory, z tej serii, ukazało się 8 powieści. Są one w formie ebooka a niektóre z nich można nabyć w: Naffy i Payhip . W tym poście zamieszczam fragmenty powieści pt."Klątwa alchemika".

  Krakowski Kazimierz. Wąska uliczka skąpana w mdłym, porannym świetle. Mgła unosi się nad wilgotnym brukiem, snując się leniwie między starymi kamienicami, których fasady pamiętają czasy, gdy po tych ulicach stąpali kupcy, alchemicy i rabini. W powietrzu czuć zapach wilgoci, starego kamienia i historii, która przez wieki wsiąkała w mury tego miejsca niczym atrament w pergamin.

  Kilku robotników pracuje przy renowacji jednej z zabytkowych kamienic przy ulicy Ciemnej. Dźwięki stukotu młotków i szelest przesypywanego gruzu niosą się echem wśród wąskich zaułków. Jacek Szewczyk, mężczyzna o mocnych dłoniach i twarzy poznaczonej zmarszczkami od lat spędzonych na budowach, z wysiłkiem wbija łopatę w ziemię. Gdy narzędzie uderza w coś twardego, zatrzymuje się, marszcząc brwi.

— Co do cholery…? — mruczy, odrzucając łopatę i klękając nad znaleziskiem.

  Z ziemi wystaje metalowy pierścień, zardzewiały i pokryty warstwą ziemi. Jacek unosi wzrok, wołając kolegów, którzy natychmiast podchodzą, ciekawość wygrywająca z rutyną pracy. W napiętej ciszy szarpią za pierścień, próbując podważyć znalezisko. Po chwili ciężkich sapnięć i przekleństw pod nosem, właz ustępuje, ukazując wąskie, kamienne schody prowadzące w mrok.

— Co do diabła…? — ktoś szepcze, wyciągając latarkę.

  Wilgotne powietrze unosi się z czeluści, przynosząc zapach stęchlizny, kurzu i czegoś jeszcze, metalicznego, ostrego, niemal żelazistego. Przypomina rdzę. Albo krew. Serce Jacka przyspiesza, gdy powoli stawia stopę na pierwszym stopniu i schodzi w dół, omiatając latarką przestrzeń przed sobą.

  Mrok ustępuje fragmentom ceglanego pomieszczenia. Sklepiony sufit nad głową, pokruszone cegły w ścianach. W samym środku izby stoi pokryty kurzem stół, którego masywna powierzchnia zdaje się kiedyś służyć alchemicznym eksperymentom. Butelki, fiolki, naczynia, większość rozbita, ale niektóre wciąż zdają się skrywać resztki tajemniczych substancji.

  Ale to nie stół przykuwa wzrok Jacka.

  W kącie piwnicy spoczywa coś, co jeszcze niedawno było człowiekiem. Postać w długiej, ciemnej szacie, skulona jakby w ostatnim, rozpaczliwym geście. Jej dłonie, zesztywniałe przez czas, kurczowo zaciskają się na czymś niewidocznym. Kiedy jeden z robotników zbliża się i delikatnie dotyka materiału, ten rozsypuje się w pył. Skóra denata, jeśli można to jeszcze nazwać skórą, jest napięta na kościach, a oczy, czarne otwory, zdają się wpatrywać w pustkę. Wychudzone palce ściskają pergamin, zbyt kruchy, by go rozwinąć, lecz wciąż pokryty tajemniczymi symbolami.

  Latarka odbija się od czegoś błyszczącego. Mała, szklana fiolka z resztkami bursztynowego płynu. Obok niej kilka pergaminów, niektóre częściowo nadgryzione przez czas i wilgoć, pokryte gęstymi inskrypcjami w języku, który na pierwszy rzut oka wydaje się nieznany. Tuż obok pierścień, masywny, pokryty patyną, z wytłoczonym alchemicznym symbolem.

— Matko Boska… — szepcze Jacek, cofając się o krok, jego głos drży.

  Jeden z robotników przeciera dłonią twarz, jakby chciał się upewnić, że to, co widzi, nie jest snem.

— Musimy wezwać policję — mówi w końcu ktoś, ale ich głosy brzmią cicho, jakby bali się, że obudzą coś, co od dawna powinno pozostać uśpione.

  Nie wiedzą jeszcze, że właśnie odkopali tajemnicę, która nigdy nie miała ujrzeć światła dziennego.

 

    Komisarz Adam Lorenz i jego ekipa docierają na miejsce znaleziska. Piwnica zostaje odpowiednio zabezpieczona, technicy kryminalistyczni ustawiają mocne lampy, które rzucają długie, złowrogie cienie na ceglane ściany. W powietrzu unosi się zapach wilgoci i starego papieru, pomieszany z czymś ostrzejszym, przypominającym stare chemikalia, które zdają się wgryzać w nozdrza.

  Lorenz, mężczyzna po czterdziestce o surowych rysach i czujnym spojrzeniu, przygląda się zwłokom. Ciało, jeśli można to tak jeszcze nazwać, jest niemal mumifikowane, jakby czas zatrzymał się w tej piwnicy na setki lat. Ale to jego ułożenie budzi największy niepokój. Postać nie leży spokojnie, wygląda, jakby zamarła w trakcie jakiegoś rytuału, próbując ostatkiem sił zapisać coś na pergaminie, który nadal tkwi w jej sztywnych, zakurzonych palcach.

— Zróbcie zdjęcia pod każdym kątem — poleca technikowi, ściszonym, ale stanowczym tonem. — I ostrożnie z tym pergaminem. Jeśli to autentyczny dokument z epoki, może się rozsypać przy najmniejszym dotyku.

  Latarki omiatają przestrzeń piwnicy, wydobywając z mroku kolejne szczegóły. Stół alchemiczny, pokryty grubą warstwą kurzu i pleśni, wciąż skrywa fiolki z wyschniętymi resztkami substancji. Niektóre mają na sobie ledwo widoczne, wypłowiałe inskrypcje, które będą musiały zostać poddane ekspertyzie. W rogu pomieszczenia znajdują się półki, na których ustawiono zardzewiałe naczynia, menzurki i coś, co przypomina retortę do destylacji.

— Wygląda na to, że mieliśmy tu do czynienia z pracownią alchemiczną — stwierdza jeden z techników, pochylając się nad znaleziskiem. Jego palce zbliżają się do pokrytej kurzem fiolki, ale w ostatniej chwili cofa rękę. — Może nawet z epoki Wazów.

Lorenz spogląda na niego uważnie, mrużąc oczy.

— To by się zgadzało — mruczy, przesuwając dłonią po krawędzi starego stołu. — A to oznacza, że możemy mieć do czynienia z czymś więcej niż tylko zwykłym morderstwem sprzed wieków.

  Technicy kryminalistyczni zabezpieczają teren, fotografując każdy detal. Wtedy Lorenz zauważa coś, co nie daje mu spokoju, wzór na podłodze, delikatna linia biegnąca wokół fragmentu ceglanego muru. Coś jest nie tak. Podchodzi bliżej, przykładając dłoń do chłodnych cegieł.

— Ta część jest nowsza niż reszta murów — mówi powoli, bardziej do siebie niż do kogokolwiek innego.

  Jeden z techników, młody mężczyzna o bystrych oczach, dostrzega niewielkie wgłębienie w kształcie pierścienia.

— Może ten pierścień pasuje? — sugeruje, podnosząc znalezioną wcześniej ozdobę.

  Zapada chwila napiętej ciszy. Wszyscy wstrzymują oddech, gdy pierścień zostaje umieszczony we wnęce i delikatnie przekręcony. Po sekundzie, która wydaje się trwać wieczność, zgrzyt mechanizmu rozbrzmiewa echem po piwnicy. Mur powoli, z oporem, przesuwa się na bok, odsłaniając przejście do wąskiego, ciemnego korytarza.

  Pierwsze promienie latarki wpadają do ukrytego pomieszczenia. Wewnątrz znajdują się półki wypełnione starymi księgami, ich grzbiety pokryte pleśnią i kurzem, a także naczynia alchemiczne i kolejne fiolki z tajemniczymi substancjami. Pośrodku pomieszczenia stoi kamienny ołtarz z dziwnymi wyżłobieniami, jakby dostosowanymi do konkretnych przedmiotów. Na jednej ze ścian widnieje wypalony w cegle symbol, jajo filozoficzne, jedno z kluczowych znaków alchemików.

Lorenz powoli przeczesuje wzrokiem skryte w mroku przedmioty.

— Ktoś tu coś ukrył — mówi cicho, prawie do siebie.

Zapada głucha cisza, przerywana jedynie cichym kapanie wody gdzieś w głębi korytarza. Technicy wymieniają spojrzenia, jakby niepewni, czy chcą wiedzieć, co jeszcze skrywa to miejsce.

Zanim znalezione zwłoki zostaną wyniesione, Lorenz sięga po telefon i wybiera numer.

— Muszę tu kogoś ściągnąć — mówi do słuchawki. — Profesora Antoniego Rutkowskiego. Potrzebujemy eksperta od historii. I to natychmiast.

  Wiedział, że to, co odkryli, to dopiero początek. A prawdziwa tajemnica dopiero czeka na odkrycie.

                           -------------------------------------------------

Retrospekcja: Laurentius Faber – Badacz Tajemnicy

Kraków, 10 października 1602 roku – komnata nad zakrystią klasztoru Dominikanów.

  Płomień oliwnej lampy rzucał drżące cienie na ściany wyłożone księgami, mapami nieba i rycinami anatomicznymi. Nad nimi, zawieszone suszące się zioła, a w kącie, wielki alembik, który w tej chwili syczał i bulgotał jak żywa istota. Laurentius Faber pochylał się nad nim, z lupą w ręku, jego długie palce plamiły atramentem i żółcią bizmutu kartkę, na której kreślił:

„Nie ma granicy między przemianą ołowiu a przemianą duszy. Kto rozdziela materię od ducha, nigdy nie zbliży się do prawdy.”

  Miał oczy głęboko osadzone, nerwowość na twarzy i dłonie wiecznie drżące, nie ze starości, ale z niepokoju. W jego spojrzeniu tliło się coś więcej niż ciekawość uczonego. Tliła się obsesja. Od miesięcy nie opuszczał pracowni dłużej niż na kilka godzin. Żył głównie wywarem z kory chinowej, pieczonym chlebem i… ciszą.

Na jednej ze ścian wisiał plan krakowskich podziemi, z zaznaczonymi punktami, które nazwał „bramami planetarnymi”. Ulicę Ciemną otoczył czerwonym atramentem w kształcie okręgu z wpisanym heksagramem.

„Pod Ulicą Ciemną coś oddycha. Nie skała. Nie historia. Rzecz starsza.”

Obok pergaminu, lustro. Stare, ołowiane, nieco pęknięte w dolnym rogu. Faber czasem mówił do niego, jakby ono rozumiało. A może rzeczywiście rozumiało?

  Pewnego dnia, zapisując kolejną stronę notatnika, nagle zatrzymał pióro. Zamilkł, jakby usłyszał coś spoza ścian.

Spojrzał na kartkę, po czym odwrócił ją i zaczął pisać… lustrzanym pismem. Od tego momentu, większość jego zapisków była odwrócona, jakby miał nadzieję, że tylko „inni” będą potrafili je przeczytać.

 

   Komisariat pachniał kawą i papierosowym dymem. Długi, słabo oświetlony korytarz prowadził do niewielkiego pokoju przesłuchań, gdzie Lorenz rozłożył wszystkie dowody na stole pod tablicą korkową, oblepioną zdjęciami, szkicami i notatkami. Na środku leżały przedmioty zabezpieczone z ciała tajemniczego mężczyzny, fragmenty tkaniny, ręcznie szyty but, metalowa fiolka, a obok nich, misternie wykonany kieszonkowy zegarek.

  Drzwi otworzyły się z lekkim skrzypnięciem. Maja Wilczek weszła pewnym krokiem, trzymając w ręku notatnik i pogniecioną kopertę. Na twarzy miała determinację zmieszaną z niepokojem.

Mam kilka nowych informacji. rzuciła, zdejmując płaszcz.

Lorenz oderwał wzrok od notatek, lekko uniósł brwi.

I co masz?

Możliwe, że ten człowiek… to Laurentius Faber. Alchemik z dworu Zygmunta III Wazy.

Komisarz zmarszczył czoło. Przez chwilę nie odpowiedział.

Brzmi szalenie.

Maja wzruszyła ramionami, podchodząc do stolika z dowodami.

A co nie brzmi szalenie w tej sprawie? rzuciła półgłosem, wskazując na zegarek leżący wśród rzeczy zmarłego.

  Ujęła go ostrożnie, jakby bała się, że dotyka czegoś więcej niż tylko metalu. Zegarek był ciężki, wykonany z mosiądzu, miejscami zdobiony nieregularnym grawerem. Na wieczku wytarte inicjały, prawdopodobnie "L.F.".

Maja delikatnie otworzyła wieczko.

  Wewnątrz znajdowała się rytualna inskrypcja, wyryta ręcznie na wewnętrznej stronie obudowy. Łacińskie litery błyszczały w świetle lampy:

„Tempus est circulus. Clavis ad transmutationem non est aurum, sed intellectus.”
(Czas jest kołem. Kluczem do transmutacji nie jest złoto, lecz umysł.)

Na moment zapadła cisza. Taka, która wydaje się głośniejsza od jakichkolwiek słów.

On wiedział. powiedziała Maja cicho, niemal szeptem.

Lorenz spojrzał na nią spod byka.

Ale co dokładnie?

Maja zamyśliła się, wpatrując się w litery, jakby próbowała zobaczyć w nich coś więcej, niż było napisane.

Możliwe, że eksperymentował na sobie. odparła w końcu. Może rzeczywiście znalazł sposób na transmutację… ale coś poszło nie tak. Może... został przeniesiony. W czasie.

  Lorenz odsunął się od biurka i podszedł do tablicy na ścianie. Jego oczy błądziły między zdjęciem ciała, rysunkiem symbolu transmutacji, a mapą starego Krakowa. W narożniku widniała data: 1622.

Jeśli to prawda… — zaczął, powoli, ostrożnie, jakby ważył każde słowo. — To co teraz? Rutkowski zniknął. Zostawił nam tylko ten symbol… i kilka niepokojących notatek. Może on też coś odkrył. Może… ktoś go powstrzymał.

Maja skinęła głową, dalej wpatrując się w zegarek.

Może obaj byli bliżej prawdy, niż komukolwiek się wydawało. odpowiedziała. I może komuś bardzo zależało, żeby nikt się o tym nie dowiedział.

Na tablicy ktoś wcześniej przypiął sznurkiem dwie kartki — na jednej symbol transmutacji, na drugiej reprodukcję alchemicznego diagramu Fabera. Maja wzięła pinezkę i połączyła je z zegarkiem. Linia połączenia przecinała centralny punkt koła.

Zobacz. powiedziała. To nie są przypadkowe elementy. To wszystko układa się w schemat. I wygląda na to, że właśnie znaleźliśmy klucz.

Zaczynam mieć wrażenie, że to nie śledztwo tylko wejście w coś, co miało pozostać zamknięte.

Maja uniosła wzrok, poważna.

Jedno jest pewne. powiedziała, zamykając zegarek z suchym kliknięciem. Ta zagadka dopiero się zaczyna.

  Lorenz spojrzał przez okno. Za szybą miasto tonęło w wieczornym półmroku, a gdzieś w oddali biły dzwony. Ciche, jak ostrzeżenie.

                    -------------------------------------------------------

  Atrium Obscurum, rozległa, kolista sala skąpana w półmroku, zdawało się ich oczekiwać. W jego wnętrzu wciąż tkwiły tajemnicze symbole, wyryte na kamieniach i podłodze, oraz rytualne przyrządy, które wyglądały, jakby przed chwilą ktoś je odłożył. Nie było tu kurzu, pajęczyn, żadnych oznak starości. Każdy przedmiot był dokładnie tam, gdzie powinien. Nawet powietrze miało ten sam, ciężki zapach starej magii i żelaza.

  Maja zatrzymała wzrok na podwyższeniu, gdzie niegdyś spoczywała Księga Przeobrażenia. W tym samym miejscu, gdzie jeszcze niedawno trzymała ją w dłoniach. Na ułamek sekundy poczuła zawroty głowy, jakby wspomnienia wracały zbyt intensywnie, ale szybko odzyskała równowagę. Wiedziała, że Zakon Alchemików może mieć w tym miejscu jeszcze wiele tajemnic. Czuła też, że coś tutaj wciąż czeka, coś nieuchwytnego, jak cień w drugim kącie oka.

  Lorenz, przyglądając się przestrzeni, ścisnął w dłoni metalowy amulet. Symbol transmutacji, wyjęty z jednego z manuskryptów Kosińskiego, pulsował ciepłem, jakby reagował na obecność czegoś, co istniało poza ludzkim pojmowaniem. Spojrzał na pozostałych.

– Jeśli Zakon nas obserwuje – powiedział cicho – to już wiedzą, że tu jesteśmy. Nie ma sensu błądzić po omacku. Musimy ich wezwać.

  Stanął w centrum pomieszczenia, miejscu, które zdawało się naturalnie promieniować energią. Z uniesionym amuletem zatoczył w powietrzu krąg, szepcząc słowa z najstarszego znanego manuskryptu alchemicznego. Jego głos był cichy, ale niosło się w nim coś... starożytnego. Jakby sam język miał moc zaklinania rzeczywistości.

  Początkowo nic się nie wydarzyło. Sala trwała w ciszy. Ale potem, niemal niezauważalnie, cienie zaczęły się poruszać. Nie było źródła światła, a jednak mrok przesuwał się po ścianach, zmieniając kształty, jakby coś wślizgiwało się między wymiarami. Przestrzeń zafalowała. W kącie sali, pomiędzy kolumnami, pojawiła się postać. Nie do końca ludzka.

  Był to cień, humanoidalna sylwetka, ale rozmazana, jakby należała do rzeczywistości równoległej. Jej kontury migotały, raz wyraźne, raz rozpływające się w ciemności.

– Wiedzieliśmy, że wrócicie – przemówił głos, który był jak echo bijące z dna jaskini. Głębokie, szeleszczące, ciężkie od znaczeń. – Jesteście blisko. Ale czy wiecie, co naprawdę oznacza poszukiwanie Księgi? Czy jesteście gotowi ponieść konsekwencje?

Lorenz, nie spuszczając wzroku z postaci, odpowiedział spokojnie, ale stanowczo:

– Jesteśmy gotowi poznać prawdę. Chcemy zrozumieć, czym naprawdę jest Księga i co się stało z profesorem Rutkowskim oraz innymi badaczami. Jesteśmy gotowi zapłacić cenę, jeśli trzeba.

  Cień przysunął się nieco bliżej. Jego kształt stawał się coraz bardziej szczegółowy, twarz była częściowo widoczna, ale zamiast rysów miała strukturę jakby utkanej mgły.

– Zrozumienie to tylko początek – powiedział. – Księga Przeobrażenia to jeden z kluczy. Ale istnieją inne. Więcej niż jedno bractwo pragnie tej mocy. A wiedza... wiedza nie daje tylko światła. Ona pali.

  Zapadła cisza. Cień zdawał się studiować ich twarze, jak nauczyciel oceniający uczniów przed egzaminem, który przetrwa jedynie jeden.

– Jeśli pójdziecie dalej – ciągnął – nie będzie już odwrotu. Zakon Alchemików nie pozwoli wam odejść z pełną wiedzą. Będziecie musieli dokonać wyboru. I ten wybór... będzie was definiował.

  Zamilkł. Przez moment w sali słychać było tylko oddechy grupy. Po czym cień cofnął się powoli, aż w końcu rozpłynął się w mroku, tak nagle, jak się pojawił. Na stole znowu leżała Księga Przeobrażenia.

                                  -----------------------------------------

Jeżeli zainteresowały Cię te fragmenty i jesteś ciekawy co była miedzy nimi i jak skończyła się ta powieść (o ile się skończyła) to proponuję zakup tego ebooka (linki na początku posta).




Brak komentarzy:

Prześlij komentarz