"Insignia Mortis: Znaki śmierci" to seria powieści kryminalno-historycznych z dodatkiem fantazji rozgrywająca się w Krakowie. Głównym bohaterem jest inspektor policji Adam Lorenz a w rozwiązywaniu zagadek pomaga mu dziennikarka Maja Wilczek. Do tej pory, z tej serii, ukazało się 8 powieści. Są one w formie ebooka a niektóre z nich można nabyć w: Naffy i Payhip . W tym poście zamieszczam fragmenty powieści pt. "Cień Bony".
-----------------------------------
Cisza w kryptach
Kraków.
Listopadowy wieczór. Mgła sunie nisko nad brukiem, oplatając ulice niczym duch
miasta, który nigdy nie zasypia. Stare mury Wawelu majaczą na tle zasnutego
chmurami nieba, jak milczący strażnicy minionych wieków. Powietrze
przesiąknięte jest wilgocią, zapachem mokrej ziemi i kadzidła, choć tej nocy
nie odbywa się żadne nabożeństwo. W dłuższych chwilach ciszy można niemal
usłyszeć bicie dzwonów z pobliskiego klasztoru Bernardynów albo jednostajne
kapanie wody z rynien porośniętych mchem.
Z głębi wąskiej
uliczki przy bramie Herbowej wyłania się grupa turystów. Niosą plecaki,
trzymają w dłoniach aparaty i mapki stylizowane na renesansowy pergamin. To nie
zwykłe zwiedzanie, to część gry miejskiej zatytułowanej „Sekret Wawelu”.
Organizuje ją nieznana szerzej grupa przewodnicka, znana z niekonwencjonalnych
metod i owiana aurą tajemniczości.
Na ich czele
kroczy Stefan Kruk, przewodnik, którego twarz trudno zapamiętać, choć wydaje
się znajoma. Łysiejący, o ostrych rysach, w czarnym płaszczu do kolan i
kapeluszu z szerokim rondem. Jego ruchy są spokojne, kontrolowane, niemal
taneczne, jakby każdy gest był częścią precyzyjnie wyreżyserowanego spektaklu.
Mówi niskim, stonowanym głosem. Każde słowo brzmi, jakby miało wagę ołowiu.
– Proszę państwa… tutaj historia oddycha przez kamień.
Ale tylko ci, którzy potrafią słuchać, usłyszą jej najgłębszy szept. – Zawiesza
głos. – Czy wiecie, gdzie królowa Bona spędziła swoją ostatnią noc w Krakowie
Turyści milczą. Starszy pan w pikowanej kurtce i
kaszkiecie chrząka nerwowo. Kobieta w okularach przesuwa wzrokiem po murach,
jakby spodziewała się ujrzeć ukrytą wskazówkę.
– Właśnie tam. – Kruk wskazuje dyskretnie smukły portal
prowadzący do krypt wawelskich. – Legenda głosi, że tej nocy królowa nie
zmrużyła oka. Modliła się, pisała listy… i zostawiła coś więcej niż słowa.
Zostawiła szyfr.
Gdy wchodzą na
dziedziniec zamkowy, ściany zdają się zbliżać. Czas nagle zwalnia. Marmurowe
kolumny, rzeźbione głowice, gotyckie sklepienia, wszystko jakby zamrożone w
bezczasie. Pod stopami, setki lat historii zaklęte w chłodnym kamieniu. W kryptach panuje
przenikliwy chłód. Echo niesie się po surowych, kamiennych
ścianach. Grupa powoli przemieszcza się między grobowcami, a Kruk snuje
opowieść o Kazimierzu Wielkim, Stefanie Batorym, o pochodzeniu królowej Bony i
jej tajemniczym powrocie do Włoch. Jego głos staje się coraz cichszy, bardziej
mistyczny. Słuchacze chłoną każde słowo w niemym skupieniu.
Wśród nich
znajduje się profesor Antonio Greco, Włoch, około sześćdziesiątki. Wysokie
czoło, ostro zarysowane kości policzkowe, ciemne oczy z błyskiem inteligencji.
Mówi po polsku z lekkim, ale wyraźnym akcentem. Kiedy Kruk wspomina o herbie
Sforzów, oczy profesora zwężają się z zainteresowania.
– Herb rodziny Sforza przedstawia węża pożerającego
dziecko — mówi Kruk, prowadząc ich do jednej z nisz. – Symbol władzy, dominacji
i... tajemnicy. Królowa Bona nigdy nie zapomniała, skąd pochodzi.
Greco podchodzi
bliżej. Przykłada dłoń do marmurowej płyty, bada kontury węża. Palec zatrzymuje
się na wklęśnięciu, mikroskopijnej rysie, niemal niewidocznej, ale wyczuwalnej
pod skórą. Jego oczy błyszczą. Coś wyczuwa.
– Czy to część... gry? – pyta, nie odrywając wzroku od
detalu.
– Gra jest tak dobra, jak jej gracze. – Kruk uśmiecha się
tajemniczo. – Niektórzy odchodzą z pustymi rękami. Inni... z czymś więcej.
Reszta grupy
oddala się, prowadzona przez współpracownika Kruka. Greco zostaje. Pochyla się
nad reliefem, wyjmuje lupę i cienkie narzędzie przypominające skalpel.
Ostrożnie wsadza je w szczelinę. Coś w strukturze kamienia przesuwa się. Z
wnętrza wypada cienki rulon pergaminu.
Profesor rozgląda się. Nikogo. Otwiera dokument. Czyta
tylko fragment: „Civitas Nova... Ordo Lucis... Regina in Cruce...”
Zapach. Coś
metalicznego w powietrzu. Ból głowy. Obraz się rozmywa. W mroku pojawia się
Kruk. Stoi tuż za nim.
----------------------------------
Cień pod murami
Niepołomice.
Miasto spokojne, zanurzone w jesiennym półmroku, pachnące drzewami Puszczy i
wilgocią starych dachówek. Sam zamek, renesansowa perła pośród współczesnej
zabudowy, milczał majestatycznie, otoczony ledwie szeptem wiatru. Lorenz wyłączył silnik. Samochód stanął nieopodal
bocznego wejścia do starego spichlerza, dziś zamkniętego z powodu remontu. Była
późna godzina. Nikt nie zadawał pytań, pracownik techniczny muzeum,
zaprzyjaźniony z Mają, zostawił im kopię kluczy i informację, że „dziś nikt nie
zagląda”.
Maja, Karcz i Kucharski podeszli w milczeniu. Nikt nie
żartował. Wejście do piwnicy spichlerza było niskie, półokrągłe, z metalową
kratą. Lorenz odsunął ją z cichym zgrzytem. Wewnątrz panował chłód i zapach
ziemi. W powietrzu wisiał kurz, nie taki zwykły, a gęsty, jakby od lat nikt tu
nie oddychał. Maja włączyła latarkę.
— Tam. — Wskazała schody z kamienia, częściowo odsłonięte
po usunięciu fragmentu ściany. — To ten tunel.
Zeszli powoli. Na
dole rozciągał się wąski korytarz sklepiony ciosanym kamieniem, na tyle niski,
że musieli się schylać. Ściany były wilgotne, miejscami pokryte białym nalotem
soli. Po kilku metrach pojawiła się resztka drewnianej podpory, częściowo
spróchniała, ale nadal trzymająca się na śrubach z dawno zapomnianej epoki.
— Nikt tego nie zamurował, tylko... ukrył — mruknął
Kucharski, stukając w jeden z kamieni. — Ślady łopaty. Tu ktoś grzebał.
Ostatnio.
Maja zatrzymała się przy fragmencie ściany. Wyjęła z
plecaka złożoną kartę z symbolem z listów Ferrantego, „Silentium et Manus”.
Otworzyła ją i przyłożyła do wyrytego na ścianie znaku. Pasowało.
— To nie przypadek — powiedziała cicho.
Po kolejnych kilkunastu metrach korytarz się rozwidlał.
Lewa odnoga była zasypana, zbyt ciasna. Prawa prowadziła do masywnych,
żelaznych drzwi, które zaskoczyły wszystkich.
— Niepołomice nie miały takich przejść — zauważyła Maja.
— Przynajmniej nie w oficjalnych planach.
Drzwi otwierały się z trudem, skrzypiąc głucho. Za nimi
znajdowały się schody prowadzące w górę, spiralne, ciasne, prowadzące... do
wnętrza zamku. Wyszli w małym pomieszczeniu gospodarczym, na tyłach
krużganków. Zamek był już zamknięty, ale ich znajomy z personelu zadbał o to,
by nikt nie przeszkadzał. Lorenz rozejrzał
się. Pomieszczenie wyglądało na dawne archiwum lub magazyn. Na półkach walały
się zakurzone księgi, skorodowane naczynia i spłowiałe zwoje papieru. Maja sięgnęła po jeden z nich. Był owinięty skórzanym
rzemykiem. Ostrożnie go rozwinęła i spojrzała na wyblakły tekst.
— To dziennik jakiegoś zarządcy zamku. Data: 1584 rok —
powiedziała z niedowierzaniem. — Zapisano tu, że część podziemi „została
ponownie zabezpieczona na życzenie dworu”. Bez szczegółów.
Karcz znalazł stary kuferek z mosiężnymi okuciami.
Otworzył go ostrożnie, w środku kilkanaście małych przedmiotów: pierścienie,
medalion z wybitym herbem Jagiellonów, fragment szkła, który wyglądał na część
jakiejś lunety.
— To nie Machina, ale... kawałek historii — powiedział z
uznaniem.
Kucharski z kolei natknął się na pergamin z planem. Była
to szkicowa mapa zamku i spichlerza, z zaznaczonym właśnie tym tajnym
przejściem.
— To była droga ewakuacyjna albo ukryty kanał
komunikacyjny. Ale z jakiegoś powodu potem go zamknięto.
Lorenz nie
przerywał. Stał przy jednym z regałów, w ręku trzymając stary wolumin. Nie
szukał konkretów. Po prostu... czuł obecność czegoś dawnego, ciężkiego.
Historii, która nie znikła. Po prostu czekała. Okazało się, że
odkryte pomieszczenie nie miało innego wyjścia i od strony zamku było
zamurowane. Nie wiadomo kiedy to się stało więc znalezione przez nich
przedmioty mogły tam spokojnie dotrwać do naszych czasów.
Zeszli z powrotem do tunelu i wrócili tą samą drogą. Na
końcu Lorenz zamknął żelazne drzwi i spojrzał na resztę zespołu.
— To miejsce było świadkiem czegoś, czego nie rozumiemy.
Może tu przemycano dokumenty. Może ukrywano fragmenty Machiny. A może... po
prostu ktoś chciał mieć drogę ucieczki.
— A my? Co robimy dalej? — zapytał Karcz.
Lorenz spojrzał w ciemność korytarza.
— Sprawdzamy kolejne tropy. Ale jedno wiem na pewno: Bona
coś tu zostawiła. I to nie był przypadek.
------------------------------------
Jeżeli zainteresowały Cię te fragmenty i jesteś ciekawy co była miedzy nimi i jak skończyła się ta powieść (o ile się skończyła) to proponuję zakup tego ebooka (linki na początku posta).

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz