środa, 11 marca 2026

"Cień Bony" - kryminał

  "Insignia Mortis: Znaki śmierci" to seria powieści kryminalno-historycznych z dodatkiem fantazji rozgrywająca się w Krakowie. Głównym bohaterem jest inspektor policji Adam Lorenz a w rozwiązywaniu zagadek pomaga mu dziennikarka Maja Wilczek. Do tej pory, z tej serii, ukazało się 8 powieści. Są one w formie ebooka a niektóre z nich można nabyć w: Naffy i Payhip . W tym poście zamieszczam fragmenty powieści pt. "Cień Bony".

                                                        -----------------------------------

Cisza w kryptach

  Kraków. Listopadowy wieczór. Mgła sunie nisko nad brukiem, oplatając ulice niczym duch miasta, który nigdy nie zasypia. Stare mury Wawelu majaczą na tle zasnutego chmurami nieba, jak milczący strażnicy minionych wieków. Powietrze przesiąknięte jest wilgocią, zapachem mokrej ziemi i kadzidła, choć tej nocy nie odbywa się żadne nabożeństwo. W dłuższych chwilach ciszy można niemal usłyszeć bicie dzwonów z pobliskiego klasztoru Bernardynów albo jednostajne kapanie wody z rynien porośniętych mchem.
 Z głębi wąskiej uliczki przy bramie Herbowej wyłania się grupa turystów. Niosą plecaki, trzymają w dłoniach aparaty i mapki stylizowane na renesansowy pergamin. To nie zwykłe zwiedzanie, to część gry miejskiej zatytułowanej „Sekret Wawelu”. Organizuje ją nieznana szerzej grupa przewodnicka, znana z niekonwencjonalnych metod i owiana aurą tajemniczości.
 Na ich czele kroczy Stefan Kruk, przewodnik, którego twarz trudno zapamiętać, choć wydaje się znajoma. Łysiejący, o ostrych rysach, w czarnym płaszczu do kolan i kapeluszu z szerokim rondem. Jego ruchy są spokojne, kontrolowane, niemal taneczne, jakby każdy gest był częścią precyzyjnie wyreżyserowanego spektaklu. Mówi niskim, stonowanym głosem. Każde słowo brzmi, jakby miało wagę ołowiu.
– Proszę państwa… tutaj historia oddycha przez kamień. Ale tylko ci, którzy potrafią słuchać, usłyszą jej najgłębszy szept. – Zawiesza głos. – Czy wiecie, gdzie królowa Bona spędziła swoją ostatnią noc w Krakowie
 Turyści milczą. Starszy pan w pikowanej kurtce i kaszkiecie chrząka nerwowo. Kobieta w okularach przesuwa wzrokiem po murach, jakby spodziewała się ujrzeć ukrytą wskazówkę.
– Właśnie tam. – Kruk wskazuje dyskretnie smukły portal prowadzący do krypt wawelskich. – Legenda głosi, że tej nocy królowa nie zmrużyła oka. Modliła się, pisała listy… i zostawiła coś więcej niż słowa. Zostawiła szyfr.
 Gdy wchodzą na dziedziniec zamkowy, ściany zdają się zbliżać. Czas nagle zwalnia. Marmurowe kolumny, rzeźbione głowice, gotyckie sklepienia, wszystko jakby zamrożone w bezczasie. Pod stopami, setki lat historii zaklęte w chłodnym kamieniu. W kryptach panuje przenikliwy chłód. Echo niesie się po surowych, kamiennych ścianach. Grupa powoli przemieszcza się między grobowcami, a Kruk snuje opowieść o Kazimierzu Wielkim, Stefanie Batorym, o pochodzeniu królowej Bony i jej tajemniczym powrocie do Włoch. Jego głos staje się coraz cichszy, bardziej mistyczny. Słuchacze chłoną każde słowo w niemym skupieniu.
 Wśród nich znajduje się profesor Antonio Greco, Włoch, około sześćdziesiątki. Wysokie czoło, ostro zarysowane kości policzkowe, ciemne oczy z błyskiem inteligencji. Mówi po polsku z lekkim, ale wyraźnym akcentem. Kiedy Kruk wspomina o herbie Sforzów, oczy profesora zwężają się z zainteresowania.
– Herb rodziny Sforza przedstawia węża pożerającego dziecko — mówi Kruk, prowadząc ich do jednej z nisz. – Symbol władzy, dominacji i... tajemnicy. Królowa Bona nigdy nie zapomniała, skąd pochodzi.
 Greco podchodzi bliżej. Przykłada dłoń do marmurowej płyty, bada kontury węża. Palec zatrzymuje się na wklęśnięciu, mikroskopijnej rysie, niemal niewidocznej, ale wyczuwalnej pod skórą. Jego oczy błyszczą. Coś wyczuwa.
– Czy to część... gry? – pyta, nie odrywając wzroku od detalu.
– Gra jest tak dobra, jak jej gracze. – Kruk uśmiecha się tajemniczo. – Niektórzy odchodzą z pustymi rękami. Inni... z czymś więcej.
 Reszta grupy oddala się, prowadzona przez współpracownika Kruka. Greco zostaje. Pochyla się nad reliefem, wyjmuje lupę i cienkie narzędzie przypominające skalpel. Ostrożnie wsadza je w szczelinę. Coś w strukturze kamienia przesuwa się. Z wnętrza wypada cienki rulon pergaminu.
Profesor rozgląda się. Nikogo. Otwiera dokument. Czyta tylko fragment: „Civitas Nova... Ordo Lucis... Regina in Cruce...”
  Zapach. Coś metalicznego w powietrzu. Ból głowy. Obraz się rozmywa. W mroku pojawia się Kruk. Stoi tuż za nim.

                                                      ----------------------------------

Cień pod murami

  Niepołomice. Miasto spokojne, zanurzone w jesiennym półmroku, pachnące drzewami Puszczy i wilgocią starych dachówek. Sam zamek, renesansowa perła pośród współczesnej zabudowy, milczał majestatycznie, otoczony ledwie szeptem wiatru. Lorenz wyłączył silnik. Samochód stanął nieopodal bocznego wejścia do starego spichlerza, dziś zamkniętego z powodu remontu. Była późna godzina. Nikt nie zadawał pytań, pracownik techniczny muzeum, zaprzyjaźniony z Mają, zostawił im kopię kluczy i informację, że „dziś nikt nie zagląda”.
  Maja, Karcz i Kucharski podeszli w milczeniu. Nikt nie żartował. Wejście do piwnicy spichlerza było niskie, półokrągłe, z metalową kratą. Lorenz odsunął ją z cichym zgrzytem. Wewnątrz panował chłód i zapach ziemi. W powietrzu wisiał kurz, nie taki zwykły, a gęsty, jakby od lat nikt tu nie oddychał. Maja włączyła latarkę.
— Tam. — Wskazała schody z kamienia, częściowo odsłonięte po usunięciu fragmentu ściany. — To ten tunel.
 Zeszli powoli. Na dole rozciągał się wąski korytarz sklepiony ciosanym kamieniem, na tyle niski, że musieli się schylać. Ściany były wilgotne, miejscami pokryte białym nalotem soli. Po kilku metrach pojawiła się resztka drewnianej podpory, częściowo spróchniała, ale nadal trzymająca się na śrubach z dawno zapomnianej epoki.
— Nikt tego nie zamurował, tylko... ukrył — mruknął Kucharski, stukając w jeden z kamieni. — Ślady łopaty. Tu ktoś grzebał. Ostatnio.
  Maja zatrzymała się przy fragmencie ściany. Wyjęła z plecaka złożoną kartę z symbolem z listów Ferrantego, „Silentium et Manus”. Otworzyła ją i przyłożyła do wyrytego na ścianie znaku. Pasowało.
— To nie przypadek — powiedziała cicho.
Po kolejnych kilkunastu metrach korytarz się rozwidlał. Lewa odnoga była zasypana, zbyt ciasna. Prawa prowadziła do masywnych, żelaznych drzwi, które zaskoczyły wszystkich.
— Niepołomice nie miały takich przejść — zauważyła Maja. — Przynajmniej nie w oficjalnych planach.
Drzwi otwierały się z trudem, skrzypiąc głucho. Za nimi znajdowały się schody prowadzące w górę, spiralne, ciasne, prowadzące... do wnętrza zamku. Wyszli w małym pomieszczeniu gospodarczym, na tyłach krużganków. Zamek był już zamknięty, ale ich znajomy z personelu zadbał o to, by nikt nie przeszkadzał. Lorenz rozejrzał się. Pomieszczenie wyglądało na dawne archiwum lub magazyn. Na półkach walały się zakurzone księgi, skorodowane naczynia i spłowiałe zwoje papieru. Maja sięgnęła po jeden z nich. Był owinięty skórzanym rzemykiem. Ostrożnie go rozwinęła i spojrzała na wyblakły tekst.
— To dziennik jakiegoś zarządcy zamku. Data: 1584 rok — powiedziała z niedowierzaniem. — Zapisano tu, że część podziemi „została ponownie zabezpieczona na życzenie dworu”. Bez szczegółów.
  Karcz znalazł stary kuferek z mosiężnymi okuciami. Otworzył go ostrożnie, w środku kilkanaście małych przedmiotów: pierścienie, medalion z wybitym herbem Jagiellonów, fragment szkła, który wyglądał na część jakiejś lunety.
— To nie Machina, ale... kawałek historii — powiedział z uznaniem.
 Kucharski z kolei natknął się na pergamin z planem. Była to szkicowa mapa zamku i spichlerza, z zaznaczonym właśnie tym tajnym przejściem.
— To była droga ewakuacyjna albo ukryty kanał komunikacyjny. Ale z jakiegoś powodu potem go zamknięto.
 Lorenz nie przerywał. Stał przy jednym z regałów, w ręku trzymając stary wolumin. Nie szukał konkretów. Po prostu... czuł obecność czegoś dawnego, ciężkiego. Historii, która nie znikła. Po prostu czekała. Okazało się, że odkryte pomieszczenie nie miało innego wyjścia i od strony zamku było zamurowane. Nie wiadomo kiedy to się stało więc znalezione przez nich przedmioty mogły tam spokojnie dotrwać do naszych czasów.
 Zeszli z powrotem do tunelu i wrócili tą samą drogą. Na końcu Lorenz zamknął żelazne drzwi i spojrzał na resztę zespołu.
— To miejsce było świadkiem czegoś, czego nie rozumiemy. Może tu przemycano dokumenty. Może ukrywano fragmenty Machiny. A może... po prostu ktoś chciał mieć drogę ucieczki.
— A my? Co robimy dalej? — zapytał Karcz.
Lorenz spojrzał w ciemność korytarza.
— Sprawdzamy kolejne tropy. Ale jedno wiem na pewno: Bona coś tu zostawiła. I to nie był przypadek.

                                                        ------------------------------------

Jeżeli zainteresowały Cię te fragmenty i jesteś ciekawy co była miedzy nimi i jak skończyła się ta powieść (o ile się skończyła) to proponuję zakup tego ebooka (linki na początku posta).



Brak komentarzy:

Prześlij komentarz