"Insignia Mortis: Znaki śmierci" to seria powieści kryminalno-historycznych z dodatkiem fantazji rozgrywająca się w Krakowie. Głównym bohaterem jest inspektor policji Adam Lorenz a w rozwiązywaniu zagadek pomaga mu dziennikarka Maja Wilczek. Do tej pory, z tej serii, ukazało się 8 powieści. Są one w formie ebooka a niektóre z nich można nabyć w: Naffy i Payhip . W tym poście zamieszczam fragmenty powieści pt. "Zegarmistrz śmierci".
Początek śledztwa
Potężne,
drewniane drzwi skrzypnęły żałośnie, gdy śledczy, przekroczyli próg podziemi.
Ich kroki odbijały się głucho od zimnych ścian, niosąc się w daleką ciemność. W
rękach dzierżyli latarki, których ostre światło rozcinało gęsty półmrok. W
miarę jak zagłębiali się w mroczną przestrzeń, ich serca biły coraz szybciej nie tylko z ekscytacji, ale i z podskórnego
lęku, który zdawał się gęstnieć z każdą sekundą.
W końcu
światło padło na coś, co sprawiło, że wstrzymali oddech. Pośród kurzu i
zapomnianych artefaktów, na wilgotnej posadzce, leżało ciało młodego mężczyzny.
Jego twarz była zastygła w martwym bezruchu, a skóra miała dziwnie blady
odcień, jakby życie uleciało z niej w nagłej, brutalnej chwili. Ciało przybrało
nienaturalnie skręconą pozycję, jakby w ostatnich sekundach swojego istnienia
zostało poddane niewyobrażalnym katuszom.
Przy
stopach ofiary spoczywał stary, zniszczony zegarek. Metalowa bransoleta pokryta
była cienką warstwą rdzy, a tarcza nosiła wyraźne ślady upływu czasu. Wskazówki
niemal całkowicie się starły, lecz jedna pozostała nieruchoma, zatrzymała się
na godzinie 3:33. Wśród śledczych przebiegł zimny dreszcz. W tej godzinie, w
wielu wierzeniach i mitach, dopatrywano się zła, sił nieczystych, momentu, gdy
granica między światem żywych a umarłych stawała się cienka jak mgła.
Lorenz,
doświadczony śledczy o ostrych rysach twarzy i zmęczonych oczach, które
widziały już zbyt wiele, spojrzał na zegarek, marszcząc brwi. Czuł, że ta
sprawa nie będzie zwyczajna.
Wokół
zwłok leżały rozsypane, stare księgi, ich strony pokryte zakurzonymi
inskrypcjami i wyblakłymi rysunkami. Niektóre kartki nosiły ślady wilgoci, inne
zdawały się niemal krzyczeć swoim wiekiem i tajemniczością. Lorenz przykucnął,
unosząc jedną z nich, w centrum widniał tajemniczy symbol, złowrogo podobny do
znaków, które wytatuowano na ciele ofiary.
– Przeszukajcie całe podziemia, zwłaszcza okolice
tych ksiąg – polecił stanowczo, podnosząc się. Jego umysł już zaczynał pracować
na pełnych obrotach, wiążąc fakty w sieć zależności. Każdy szczegół zdawał się
mieć znaczenie, każda linia symboli prowadziła do nieznanego. – Może tu być coś
więcej niż zwykłe morderstwo.
W
powietrzu unosiła się nieuchwytna groza. Kamienne ściany wydawały się skrywać
dawne sekrety, których nigdy nie powinno się odkrywać.
Gdy ciało
zostało zabezpieczone, Lorenz udał się do policyjnego archiwum, gdzie jego
zespół rozpoczął analizę dawnych spraw zaginięć. Otwierał teczkę za teczką,
studiując dokumenty, które zdawały się krzyczeć echem przeszłości. Każdy
kolejny przypadek dodawał nowy fragment do układanki, wszystkie zdawały się
prowadzić do tego miejsca, do podziemi Kościoła Mariackiego.
Wieczór
zapadał, a napięcie rosło. W sali odpraw zebrał się cały zespół. Twarze jego
ludzi były napięte, oczy pełne niepokoju. Instynkt mówił Lorenzowi, że zbliża
się coś, co może przerosnąć ich wszystkich.
Okazało
się, że znalezione zwłoki to Jan Krawiec. Skąd się tam wziął i czego szukał?
Kościół
Mariacki w Krakowie, znany ze swojej gotyckiej wspaniałości i zapierającego
dech w piersiach wnętrza, miał również swoje mroczne zakamarki. W sercu starego
miasta, pod ceglastymi fundamentami, kryły się tajemnice, których większość
ludzi nie miała nigdy okazji odkryć. Przestrzeń ta, mimo że przez wieki tętniła
życiem, była teraz martwa i zapomniana. A wśród ciemnych zakamarków, leżało
ciało Jana Krawca antykwariusza, którego
życie, podobnie jak życie wielu innych, zostało przerwane przez tajemniczą grę.
Jan
Krawiec nie był przypadkowym odwiedzającym kościół. Jego zainteresowanie
starymi zegarami, szczególnie tymi o wyjątkowej historii i niezwykłych
mechanizmach, prowadziło go w miejsca, w których inne osoby nie odważyłyby się
postawić stopy. Od dłuższego czasu badał zapiski dotyczące Jana Kowalewskiego,
legendarnego zegarmistrza, który w latach trzydziestych XX wieku tworzył
urządzenia, które, według niektórych, miały więcej wspólnego z alchemią niż
zwykłą mechaniką. Krawiec przekopał setki starych dokumentów, listów i
zapisków, próbując odnaleźć jakiekolwiek ślady wskazujące na istnienie ukrytej
kolekcji zegarów Kowalewskiego.
Było coś
niepokojącego w jego obsesji. Spędzał długie godziny w bibliotece, szukając
zapisków w zapomnianych księgach, przeszukując strychy, piwnice, a nawet
kościoły, mając nadzieję, że znajdzie coś, co pozwoliłoby mu odkryć mechanizmy,
które mogły zmienić sposób postrzegania czasu. Wiadomości, które przekazał
kilku kolegom po fachu, sugerowały, że odkrył coś, co mogło przełamać granice
zwykłej pracy zegarmistrza.
Krawiec
miał plan, który wykorzystywał jako swoisty klucz do kolejnego kroku. Wspomniane
zapiski z wieków minionych, które miały dotyczyć Kowalewskiego, prowadziły go
do podziemi Kościoła Mariackiego. Opowieści o starożytnych mechanizmach i
ukrytych artefaktach w jego wnętrzach były niemal legendarne. Wielu próbowało
odkryć, czy w tych kamiennych piwnicach znajduje się coś więcej niż tylko
zapomniane relikwie i stare książki.
Tym razem
Krawiec był pewny. Według zapisów, jeden z dawnych zegarmistrzów miał ukryć
swoje dzieła w podziemiach świątyni, tuż obok grobów dawnych ludzi, którzy byli
związani z tajemniczą organizacją Strażników Czasu. Zegar, który działał nie
tylko jako narzędzie do mierzenia godzin, ale także jako klucz do czegoś
większego, a może niebezpiecznego.
Kiedy
Krawiec przybył do kościoła tamtej nocy, było już ciemno. Światło latarki
przecinało mroczne zakamarki, a pod jego stopami rozbrzmiewał echo wypełniający
przestrzeń kościoła. Wiedział, że musi dotrzeć do najgłębszych piwnic, by
znaleźć to, czego szukał. Nie zdawał sobie sprawy, że nie był sam.
Cisza
panująca w świątyni, przeszywana jedynie dźwiękami kroków Krawca, nagle została
przerwana. Mężczyzna minął główny ołtarz i schował latarkę, aby nie rzucała się
w oczy. Zatrzymał się przy wąskim wejściu, które prowadziło do sekretnej
krypty. Z tego miejsca odczuwał dziwne wrażenie, jakby starych książek i
zniszczonych manuskryptów było tu więcej, niż można by było przypuszczać.
W
podziemiach, w kącie, stała stara, ciężka skrzynia, która wyglądała na
zapomnianą przez pokolenia. Krawiec otworzył ją z namaszczeniem, jakby obawiając
się, że to, co znajdzie, może wpłynąć na jego życie, albo… na coś znacznie
gorszego.
Znalazł
to, czego szukał zestaw starych ksiąg,
zapisków, schematów zegarów. Jednak nie to wywołało w nim dreszcz. Kiedy jego
palce przesuwały się po pożółkniętych stronach, dostrzegł coś, czego nie
rozumiał: w książkach nie było tylko schematów, ale i fragmenty kodu jakby ktoś
chciał, by te zapiski zostały odkryte, ale jednocześnie były przestroga przed
ich zrozumieniem.
Krawiec
nie miał czasu zastanawiać się, co te kody oznaczają. Wiedział, że musiał
wrócić z tym do miasta i pokazać to swojemu najbliższemu przyjacielowi, który
zajmował się historią mechanizmów zegarowych. Wiedział, że odkrycie może
zmienić wszystko. Jednak właśnie wtedy, w ciemności podziemi, coś się zmieniło.
Skrzypiące
drzwi krypty zatrzasnęły się za nim z hukiem, a latarka Krawca rzucała
niepokojące cienie na kamienne ściany. Kiedy próbował wrócić, poczuł nagły,
nieuzasadniony niepokój. Ktoś lub coś, co było w tym miejscu, nie pozwalało mu
opuścić tego mrocznego zakątka.
To właśnie
wtedy znalazł go młody zakonnik, który jak co dzień przygotowywał ołtarz do
mszy. Zauważył za nim otwarte wejście do podziemi i postanowił sprawdzić
dlaczego je otwarto. Jego kroki rozbrzmiewały cicho po zimnym kamieniu.
Wstrzymał oddech, kiedy ujrzał Krawca leżącego na ziemi, z twarzą przylegającą
do starych ksiąg. Jego ciało było nienaturalnie wygięte. Cięgle jeszcze
świecąca się latarka skierowana była na twarz, która w tym świetle była trupio
blada a wzrok skierowany na coś, co wciąż pozostawało w cieniu.
To on,
młody zakonnik, był tym, który zawiadomił służby. Zaledwie kilka godzin później
na miejscu pojawiła się ekipa śledcza.
Książki,
które Krawiec znalazł, zostały zabrane przez komisarza Lorenza. Zawierały
schematy oraz zapiski, które mogły być wskazówką do rozwiązania całej zagadki.
A pytanie, które nurtowało śledczych, brzmiało: Co Krawiec odkrył, zanim
zakończył swoją ostatnią podróż do podziemnego królestwa? I kto miał interes w
tym, by go powstrzymać?
Nagle
drzwi otworzyły się gwałtownie.
– Znaleźliśmy coś, komisarzu! – Darek, jeden z
młodszych śledczych, wpadł do pomieszczenia, trzymając w dłoniach pożółkłą
stronę wyrwaną z jednej ze starych ksiąg znalezioną w kieszeni denata. – To
wygląda jak mapa... mapa mocy. Może prowadzić do kolejnego miejsca, może tam
jest następna ofiara.
Lorenz
uniósł brwi, biorąc do rąk znalezisko. Symbolika, znaki, miejsca wszystko
zaczynało się układać w logiczną całość, choć zarazem rodziło więcej pytań niż
odpowiedzi.
Ciemność,
która spowiła miasto, zdawała się sięgać głębiej, niż ktokolwiek przypuszczał.
Miał przeczucie, że to dopiero początek, że ta sprawa nie zakończy się
zwyczajnym raportem. Czuł, że tajemnica Kościoła Mariackiego skrywa coś więcej,
coś, czego ludzki umysł nie powinien nigdy pojąć.
Jego wzrok
padł na zegarek ofiary. Wskazówka wciąż nieruchomo wskazywała 3:33.
Czas uciekał.
Spotkanie w kawiarni
Maja
Wilczek, znana ze swej umiejętności splatania dawnych opowieści z bieżącymi
wydarzeniami, siedziała przy oknie, stukając nerwowo paznokciami w zniszczony
notes. Jej duże, ciemne oczy przesuwały się po rysunkach i zapiskach, które
sporządziła, symbole z archiwum nie dawały jej spokoju.
Gdy do
kawiarni wszedł komisarz Adam Lorenz, powietrze wokół niego zdawało się
zgęstnieć. Jego buty nosiły jeszcze ślady wilgotnej ziemi z podziemnych
korytarzy, a ciężki płaszcz zdawał się przesiąknięty zimnym oddechem kamiennych
murów. W oczach tliła się determinacja zmieszana z niepokojem. Jego wysoka
sylwetka rzucała długi cień na podłogę, a spojrzenie, gdy napotkało oczy Mai,
zdradzało, że to spotkanie może odmienić losy tej sprawy.
– Dziękuję, że chciałaś się spotkać – powiedział,
siadając naprzeciwko niej. Oparł się na stole i powoli zsunął płaszcz z ramion,
jakby ciążący na nim chłód podziemi nie chciał go opuścić.
Maja
uśmiechnęła się lekko, obracając w palcach długopis.
– Wiesz, że uwielbiam zagadki – powiedziała z nutą
rozbawienia. – Coś wielkiego musiało się stać, skoro wzywasz mnie do
współpracy.
Lorenz
przyglądał się jej uważnie. Maja była nietuzinkową dziennikarką, która miała
niezwykłą intuicję do odkrywania faktów. Jej zainteresowanie historią i
tajemnicami nadawało jej badaniom głębi, której brakowało innym.
– Mamy morderstwo w podziemiach Kościoła
Mariackiego – zaczął, a jego głos był niski i poważny. – Znaleziono ciało
mężczyzny, a przy nim stary, zegarek zatrzymany na godzinie 3:33. Co więcej,
może to mieć związek z serią dziwnych zniknięć w okolicy. Czuję, że to coś
więcej niż zwykła zbrodnia.
Maja
uniosła brwi, a jej ciekawość wzrosła.
– Zegarek… – powtórzyła. – Godzina 3:33 to
nieprzypadkowy znak. W wielu kulturach symbolizuje moment, gdy granice między
światem żywych a zmarłych rozmywają się. To może coś sugerować.
Lorenz
skinął głową.
– Dawniej ludzie wierzyli, że to czas, w którym
odbywają się najciemniejsze rytuały. Może ofiary nie zostały wybrane
przypadkowo. Może ktoś dąży do czegoś znacznie bardziej przerażającego.
Maja
otworzyła notes i przesunęła palcem po jednym z rysunków. Był to symbol –
ostre, przecinające się linie układające się w hipnotyzujący wzór.
– Te znaki pojawiały się w dawnych obrzędach –
powiedziała z zamyśleniem. – Sekty używały ich do przywoływania mocy… czegoś,
co było po drugiej stronie. Może szukasz nie tylko mordercy, ale i kogoś, kto
pociąga za sznurki w tej mrocznej grze.
Atmosfera
w kawiarni nagle stała się cięższa. Przy oknie, niedaleko nich, siedział
starszy mężczyzna. Podniszczony płaszcz, wyblakła koszula, czarne
rękawiczki na pierwszy rzut oka zwykły
gość. A jednak jego postawa zdradzała coś niepokojącego. Nie pił kawy i nie
czytał gazety. Słuchał.
Lorenz
spojrzał na niego uważnie. Przeczuwał, że ich rozmowa nie pozostała
niezauważona.
– Mamy widownię – szepnął do Mai.
Mężczyzna
odwrócił wzrok, jakby nagle zainteresował go deszcz bijący o szybę. Ale Lorenz
już wiedział to nie był przypadkowy
słuchacz.
Podnosił
filiżankę kawy, czując, że oto zaczyna się nowy rozdział. Tajemnice Kościoła
Mariackiego miały się ujawnić, a ich historia dopiero nabierała kształtu.
-----------------------------------------------------------
....Podstępne wejście
Trzeciego dnia, tuż po zmroku, zabójca podszedł do drzwi i zapukał. Kiedy Kozłowski otworzył, ujrzał przed sobą mężczyznę w eleganckim, ciemnym płaszczu. Był wysoki, miał spokojne, niemal hipnotyzujące spojrzenie.
– Dobry wieczór, panie Kozłowski – powiedział
cicho, z uprzejmym uśmiechem. – Jestem kolekcjonerem starych zegarków. Wiem, że
posiada pan coś wyjątkowego. Chciałbym go zobaczyć i, jeśli to możliwe, kupić.
Kozłowski zmrużył oczy, przyglądając się
przybyszowi.
– Skąd pan wie, że mam zegarek? – zapytał
ostrożnie.
– Jestem pasjonatem. W kręgach kolekcjonerskich
mówi się o wyjątkowych egzemplarzach. Pański zegarek to prawdziwa rzadkość.
Starszy mężczyzna
nie odpowiedział od razu. Jego spojrzenie było czujne, jakby wyczuwał podstęp.
– Przykro mi, ale to pamiątka rodzinna. Nie jest
na sprzedaż.
Zabójca
uśmiechnięty się lekko i wyjął kopertę z plikiem banknotów.
– Jestem skłonny dobrze zapłacić. Proszę rozważyć
tę propozycję.
Kozłowski spojrzał na pieniądze, ale pokręcił
głową.
– Nie chodzi o pieniądze. Ten zegarek ma wartość
sentymentalną. Jest jedyną rzeczą, jaka mi została po ojcu.
Zabójca
wiedział, że negocjacje na nic się nie zdadzą. Musiał działać inaczej.
Gdy
Kozłowski chciał zamknąć drzwi, napastnik błyskawicznie wsunął nogę w próg i
popchnął je mocno, wpychając starca do środka. Kozłowski zachwiał się i cofnął,
a wtedy zabójca uderzył go w splot słoneczny, odbierając mu oddech.
Mężczyzna
upadł na fotel, charcząc.
– Nie chciałem tego robić, panie Kozłowski, ale
zegarek nie może tu zostać.
Starzec
spróbował sięgnąć do kieszeni, być może po telefon, ale zabójca chwycił go za
nadgarstek i brutalnie szarpnął. Zegarek, zapięty na skórzanym pasku, nie
chciał zejść, więc rozciął pasek nożem i oderwał go od ręki Kozłowskiego.
Mężczyzna
dyszał ciężko, ale mimo bólu jego spojrzenie było pełne determinacji.
– Nie rozumiesz, co robisz… Ten zegarek… To nie
tylko przedmiot.
Zabójca spojrzał na tarczę. Wskazówki pokazywały
4:44.
– Dla mnie liczy się tylko czas.
Nie
zamierzał go zabijać, nie było potrzeby. Kozłowski był stary, pobity, ale żył.
Kiedy morderca wychodził, usłyszał jeszcze jego słaby głos:
– Nie uciekniesz przed tym, co nadchodzi…
Nie
oglądając się za siebie, zabójca zniknął w ciemności, trzymając zdobycz w
dłoni.
-------------------------------------------
....— To nie są zwykłe podziemia — szepnęła Maja, przejeżdżając dłonią po wypolerowanym kamieniu.
Ruszyli
dalej, ostrożnie stawiając kroki. Korytarz prowadził lekko w dół, aż wreszcie
otworzył się na szeroką salę, której sklepienie podtrzymywały grube filary.
Pośrodku pomieszczenia stał kamienny stół, pokryty warstwą pyłu, a za nim
znajdowało się coś, co wyglądało jak ogromny zegar wbudowany w ścianę.
— To… to jest niemożliwe… — wyszeptał Lewandowski,
podchodząc bliżej.
Zegar miał
średnicę około dwóch metrów, a jego tarcza była pokryta tajemniczymi symbolami,
nie były to zwykłe liczby, lecz znaki przypominające połączenie alfabetów
starosłowiańskiego i hebrajskiego. Wskazówki były wykonane z czarnego metalu i
pozostawały nieruchome.
Pod tarczą
zegara znajdowało się półokrągłe zagłębienie w kamieniu, z miejscem na
dwanaście przedmiotów, idealnie pasujących rozmiarem do zegarków, które dotąd
znaleźli.
Lorenz
spojrzał na Lewandowskiego.
— Jeśli to faktycznie mechanizm stworzony przez
Strażników Czasu, to powinniśmy w końcu poznać odpowiedzi.
Wyjął
skórzaną torbę, ostrożnie otworzył jej wnętrze i ułożył przed sobą wszystkie
dwanaście zegarków. Przez chwilę patrzyli na nie w ciszy. Każdy z nich miał
inną godzinę, inne zatrzymane wskazówki, inne symbole ukryte wewnątrz kopert.
— To moment prawdy — powiedział Lewandowski,
podnosząc pierwszy zegarek i umieszczając go w wyznaczonym miejscu.
Po kolei
wkładali kolejne zegarki. Gdy ostatni trafił na swoje miejsce, coś w komnacie
się zmieniło. Powietrze nagle stało się cięższe, a zegar w ścianie zadrżał.
Jego wskazówki zaczęły się powoli przesuwać, lecz w zupełnie niespodziewany
sposób, przeskakiwały co kilka sekund, jakby omijały pewne punkty w czasie.
— Wszystko prowadziło do tego momentu — powiedział
cicho Lewandowski. — Strażnicy Czasu przez pokolenia ukrywali wiedzę. Ale nie
tylko ją… ukrywali także konsekwencje.
— Konsekwencje czego? — zapytał Nowicki, który
razem z Mają obserwował wszystko w napięciu.
Lewandowski wziął głęboki oddech.
— Czas to nie jest prosta linia. To sieć.
Labirynt. Każda decyzja tworzy nową ścieżkę, ale niektóre z nich… mogą zostać
przerwane. Niektóre godziny są bramami. A te zegarki to klucze, które otwierają
je nie tylko symbolicznie.
— To nie są zwykłe podziemia — szepnęła Maja,
przejeżdżając dłonią po wypolerowanym kamieniu.
Ruszyli
dalej, ostrożnie stawiając kroki. Korytarz prowadził lekko w dół, aż wreszcie
otworzył się na szeroką salę, której sklepienie podtrzymywały grube filary.
Pośrodku pomieszczenia stał kamienny stół, pokryty warstwą pyłu, a za nim
znajdowało się coś, co wyglądało jak ogromny zegar wbudowany w ścianę.
— To… to jest niemożliwe… — wyszeptał Lewandowski,
podchodząc bliżej.
Zegar miał
średnicę około dwóch metrów, a jego tarcza była pokryta tajemniczymi symbolami,
nie były to zwykłe liczby, lecz znaki przypominające połączenie alfabetów
starosłowiańskiego i hebrajskiego. Wskazówki były wykonane z czarnego metalu i
pozostawały nieruchome.
Pod tarczą
zegara znajdowało się półokrągłe zagłębienie w kamieniu, z miejscem na
dwanaście przedmiotów, idealnie pasujących rozmiarem do zegarków, które dotąd
znaleźli.
Lorenz
spojrzał na Lewandowskiego.
— Jeśli to faktycznie mechanizm stworzony przez
Strażników Czasu, to powinniśmy w końcu poznać odpowiedzi.
Wyjął
skórzaną torbę, ostrożnie otworzył jej wnętrze i ułożył przed sobą wszystkie
dwanaście zegarków. Przez chwilę patrzyli na nie w ciszy. Każdy z nich miał
inną godzinę, inne zatrzymane wskazówki, inne symbole ukryte wewnątrz kopert.
— To moment prawdy — powiedział Lewandowski,
podnosząc pierwszy zegarek i umieszczając go w wyznaczonym miejscu.
Po kolei
wkładali kolejne zegarki. Gdy ostatni trafił na swoje miejsce, coś w komnacie
się zmieniło. Powietrze nagle stało się cięższe, a zegar w ścianie zadrżał.
Jego wskazówki zaczęły się powoli przesuwać, lecz w zupełnie niespodziewany
sposób, przeskakiwały co kilka sekund, jakby omijały pewne punkty w czasie.
— Wszystko prowadziło do tego momentu — powiedział
cicho Lewandowski. — Strażnicy Czasu przez pokolenia ukrywali wiedzę. Ale nie
tylko ją… ukrywali także konsekwencje.
— Konsekwencje czego? — zapytał Nowicki, który
razem z Mają obserwował wszystko w napięciu.
Lewandowski wziął głęboki oddech.
— Czas to nie jest prosta linia. To sieć.
Labirynt. Każda decyzja tworzy nową ścieżkę, ale niektóre z nich… mogą zostać
przerwane. Niektóre godziny są bramami. A te zegarki to klucze, które otwierają
je nie tylko symbolicznie.
---------------------------------------------
Jeżeli zainteresowały Cię te fragmenty i jesteś ciekawy co była miedzy nimi i jak skończyła się ta powieść (o ile się skończyła) to proponuję zakup tego ebooka (linki na początku posta).

Komentarze
Prześlij komentarz