Przejdź do głównej zawartości

"Zegarmistrz śmierci" - kryminał

 "Insignia Mortis: Znaki śmierci" to seria powieści kryminalno-historycznych z dodatkiem fantazji rozgrywająca się w Krakowie. Głównym bohaterem jest inspektor policji Adam Lorenz a w rozwiązywaniu zagadek pomaga mu dziennikarka Maja Wilczek. Do tej pory, z tej serii, ukazało się 8 powieści. Są one w formie ebooka a niektóre z nich można nabyć w: Naffy i Payhip . W tym poście zamieszczam fragmenty powieści pt. "Zegarmistrz śmierci". 

Początek śledztwa

   W chłodny, mroczny poranek, gdy pierwsze, blade promienie słońca ledwo przebijały się przez ciężkie chmury, w podziemiach Kościoła Mariackiego zapanowała złowroga cisza. Powietrze było gęste, przesycone wilgocią i stęchlizną, a jej zapach wdzierał się do nozdrzy, przyprawiając o dreszcze. Ciasne, kamienne korytarze wydawały się szeptać echem dawnych tajemnic, niewypowiedzianych lęków, których nikt nie miał odwagi nazwać.

  Potężne, drewniane drzwi skrzypnęły żałośnie, gdy śledczy, przekroczyli próg podziemi. Ich kroki odbijały się głucho od zimnych ścian, niosąc się w daleką ciemność. W rękach dzierżyli latarki, których ostre światło rozcinało gęsty półmrok. W miarę jak zagłębiali się w mroczną przestrzeń, ich serca biły coraz szybciej  nie tylko z ekscytacji, ale i z podskórnego lęku, który zdawał się gęstnieć z każdą sekundą.

  W końcu światło padło na coś, co sprawiło, że wstrzymali oddech. Pośród kurzu i zapomnianych artefaktów, na wilgotnej posadzce, leżało ciało młodego mężczyzny. Jego twarz była zastygła w martwym bezruchu, a skóra miała dziwnie blady odcień, jakby życie uleciało z niej w nagłej, brutalnej chwili. Ciało przybrało nienaturalnie skręconą pozycję, jakby w ostatnich sekundach swojego istnienia zostało poddane niewyobrażalnym katuszom.

  Przy stopach ofiary spoczywał stary, zniszczony zegarek. Metalowa bransoleta pokryta była cienką warstwą rdzy, a tarcza nosiła wyraźne ślady upływu czasu. Wskazówki niemal całkowicie się starły, lecz jedna pozostała nieruchoma, zatrzymała się na godzinie 3:33. Wśród śledczych przebiegł zimny dreszcz. W tej godzinie, w wielu wierzeniach i mitach, dopatrywano się zła, sił nieczystych, momentu, gdy granica między światem żywych a umarłych stawała się cienka jak mgła.

  Lorenz, doświadczony śledczy o ostrych rysach twarzy i zmęczonych oczach, które widziały już zbyt wiele, spojrzał na zegarek, marszcząc brwi. Czuł, że ta sprawa nie będzie zwyczajna.

  Wokół zwłok leżały rozsypane, stare księgi, ich strony pokryte zakurzonymi inskrypcjami i wyblakłymi rysunkami. Niektóre kartki nosiły ślady wilgoci, inne zdawały się niemal krzyczeć swoim wiekiem i tajemniczością. Lorenz przykucnął, unosząc jedną z nich, w centrum widniał tajemniczy symbol, złowrogo podobny do znaków, które wytatuowano na ciele ofiary.

– Przeszukajcie całe podziemia, zwłaszcza okolice tych ksiąg – polecił stanowczo, podnosząc się. Jego umysł już zaczynał pracować na pełnych obrotach, wiążąc fakty w sieć zależności. Każdy szczegół zdawał się mieć znaczenie, każda linia symboli prowadziła do nieznanego. – Może tu być coś więcej niż zwykłe morderstwo.

  W powietrzu unosiła się nieuchwytna groza. Kamienne ściany wydawały się skrywać dawne sekrety, których nigdy nie powinno się odkrywać.

  Gdy ciało zostało zabezpieczone, Lorenz udał się do policyjnego archiwum, gdzie jego zespół rozpoczął analizę dawnych spraw zaginięć. Otwierał teczkę za teczką, studiując dokumenty, które zdawały się krzyczeć echem przeszłości. Każdy kolejny przypadek dodawał nowy fragment do układanki, wszystkie zdawały się prowadzić do tego miejsca, do podziemi Kościoła Mariackiego.

  Wieczór zapadał, a napięcie rosło. W sali odpraw zebrał się cały zespół. Twarze jego ludzi były napięte, oczy pełne niepokoju. Instynkt mówił Lorenzowi, że zbliża się coś, co może przerosnąć ich wszystkich.

  Okazało się, że znalezione zwłoki to Jan Krawiec. Skąd się tam wziął i czego szukał?

  Kościół Mariacki w Krakowie, znany ze swojej gotyckiej wspaniałości i zapierającego dech w piersiach wnętrza, miał również swoje mroczne zakamarki. W sercu starego miasta, pod ceglastymi fundamentami, kryły się tajemnice, których większość ludzi nie miała nigdy okazji odkryć. Przestrzeń ta, mimo że przez wieki tętniła życiem, była teraz martwa i zapomniana. A wśród ciemnych zakamarków, leżało ciało Jana Krawca  antykwariusza, którego życie, podobnie jak życie wielu innych, zostało przerwane przez tajemniczą grę.

  Jan Krawiec nie był przypadkowym odwiedzającym kościół. Jego zainteresowanie starymi zegarami, szczególnie tymi o wyjątkowej historii i niezwykłych mechanizmach, prowadziło go w miejsca, w których inne osoby nie odważyłyby się postawić stopy. Od dłuższego czasu badał zapiski dotyczące Jana Kowalewskiego, legendarnego zegarmistrza, który w latach trzydziestych XX wieku tworzył urządzenia, które, według niektórych, miały więcej wspólnego z alchemią niż zwykłą mechaniką. Krawiec przekopał setki starych dokumentów, listów i zapisków, próbując odnaleźć jakiekolwiek ślady wskazujące na istnienie ukrytej kolekcji zegarów Kowalewskiego.

  Było coś niepokojącego w jego obsesji. Spędzał długie godziny w bibliotece, szukając zapisków w zapomnianych księgach, przeszukując strychy, piwnice, a nawet kościoły, mając nadzieję, że znajdzie coś, co pozwoliłoby mu odkryć mechanizmy, które mogły zmienić sposób postrzegania czasu. Wiadomości, które przekazał kilku kolegom po fachu, sugerowały, że odkrył coś, co mogło przełamać granice zwykłej pracy zegarmistrza.

  Krawiec miał plan, który wykorzystywał jako swoisty klucz do kolejnego kroku. Wspomniane zapiski z wieków minionych, które miały dotyczyć Kowalewskiego, prowadziły go do podziemi Kościoła Mariackiego. Opowieści o starożytnych mechanizmach i ukrytych artefaktach w jego wnętrzach były niemal legendarne. Wielu próbowało odkryć, czy w tych kamiennych piwnicach znajduje się coś więcej niż tylko zapomniane relikwie i stare książki.

  Tym razem Krawiec był pewny. Według zapisów, jeden z dawnych zegarmistrzów miał ukryć swoje dzieła w podziemiach świątyni, tuż obok grobów dawnych ludzi, którzy byli związani z tajemniczą organizacją Strażników Czasu. Zegar, który działał nie tylko jako narzędzie do mierzenia godzin, ale także jako klucz do czegoś większego, a może niebezpiecznego.

  Kiedy Krawiec przybył do kościoła tamtej nocy, było już ciemno. Światło latarki przecinało mroczne zakamarki, a pod jego stopami rozbrzmiewał echo wypełniający przestrzeń kościoła. Wiedział, że musi dotrzeć do najgłębszych piwnic, by znaleźć to, czego szukał. Nie zdawał sobie sprawy, że nie był sam.

  Cisza panująca w świątyni, przeszywana jedynie dźwiękami kroków Krawca, nagle została przerwana. Mężczyzna minął główny ołtarz i schował latarkę, aby nie rzucała się w oczy. Zatrzymał się przy wąskim wejściu, które prowadziło do sekretnej krypty. Z tego miejsca odczuwał dziwne wrażenie, jakby starych książek i zniszczonych manuskryptów było tu więcej, niż można by było przypuszczać.

  W podziemiach, w kącie, stała stara, ciężka skrzynia, która wyglądała na zapomnianą przez pokolenia. Krawiec otworzył ją z namaszczeniem, jakby obawiając się, że to, co znajdzie, może wpłynąć na jego życie, albo… na coś znacznie gorszego.

  Znalazł to, czego szukał  zestaw starych ksiąg, zapisków, schematów zegarów. Jednak nie to wywołało w nim dreszcz. Kiedy jego palce przesuwały się po pożółkniętych stronach, dostrzegł coś, czego nie rozumiał: w książkach nie było tylko schematów, ale i fragmenty kodu jakby ktoś chciał, by te zapiski zostały odkryte, ale jednocześnie były przestroga przed ich zrozumieniem.

  Krawiec nie miał czasu zastanawiać się, co te kody oznaczają. Wiedział, że musiał wrócić z tym do miasta i pokazać to swojemu najbliższemu przyjacielowi, który zajmował się historią mechanizmów zegarowych. Wiedział, że odkrycie może zmienić wszystko. Jednak właśnie wtedy, w ciemności podziemi, coś się zmieniło.

  Skrzypiące drzwi krypty zatrzasnęły się za nim z hukiem, a latarka Krawca rzucała niepokojące cienie na kamienne ściany. Kiedy próbował wrócić, poczuł nagły, nieuzasadniony niepokój. Ktoś lub coś, co było w tym miejscu, nie pozwalało mu opuścić tego mrocznego zakątka.

  To właśnie wtedy znalazł go młody zakonnik, który jak co dzień przygotowywał ołtarz do mszy. Zauważył za nim otwarte wejście do podziemi i postanowił sprawdzić dlaczego je otwarto. Jego kroki rozbrzmiewały cicho po zimnym kamieniu. Wstrzymał oddech, kiedy ujrzał Krawca leżącego na ziemi, z twarzą przylegającą do starych ksiąg. Jego ciało było nienaturalnie wygięte. Cięgle jeszcze świecąca się latarka skierowana była na twarz, która w tym świetle była trupio blada a wzrok skierowany na coś, co wciąż pozostawało w cieniu.

  To on, młody zakonnik, był tym, który zawiadomił służby. Zaledwie kilka godzin później na miejscu pojawiła się ekipa śledcza.

  Książki, które Krawiec znalazł, zostały zabrane przez komisarza Lorenza. Zawierały schematy oraz zapiski, które mogły być wskazówką do rozwiązania całej zagadki. A pytanie, które nurtowało śledczych, brzmiało: Co Krawiec odkrył, zanim zakończył swoją ostatnią podróż do podziemnego królestwa? I kto miał interes w tym, by go powstrzymać?

  Nagle drzwi otworzyły się gwałtownie.

– Znaleźliśmy coś, komisarzu! – Darek, jeden z młodszych śledczych, wpadł do pomieszczenia, trzymając w dłoniach pożółkłą stronę wyrwaną z jednej ze starych ksiąg znalezioną w kieszeni denata. – To wygląda jak mapa... mapa mocy. Może prowadzić do kolejnego miejsca, może tam jest następna ofiara.

  Lorenz uniósł brwi, biorąc do rąk znalezisko. Symbolika, znaki, miejsca wszystko zaczynało się układać w logiczną całość, choć zarazem rodziło więcej pytań niż odpowiedzi.

  Ciemność, która spowiła miasto, zdawała się sięgać głębiej, niż ktokolwiek przypuszczał. Miał przeczucie, że to dopiero początek, że ta sprawa nie zakończy się zwyczajnym raportem. Czuł, że tajemnica Kościoła Mariackiego skrywa coś więcej, coś, czego ludzki umysł nie powinien nigdy pojąć.

  Jego wzrok padł na zegarek ofiary. Wskazówka wciąż nieruchomo wskazywała 3:33.

  Czas uciekał. 

Spotkanie w kawiarni

   Kawiarnia „Pod Aniołami” należała do tych miejsc, w których czas zdawał się zwalniać, a historia splatała się z teraźniejszością. Niskie światło lamp rzucało ciepłe refleksy na drewniane stoliki, a zapach świeżo parzonej kawy mieszał się z nutą cynamonu i wanilii unoszącą się znad ciepłych ciastek. Lokal, położony tuż obok Kościoła Mariackiego, zdawał się przenosić gości w inny wymiar  pomiędzy przeszłością a teraźniejszością, między jawą a snem.

  Maja Wilczek, znana ze swej umiejętności splatania dawnych opowieści z bieżącymi wydarzeniami, siedziała przy oknie, stukając nerwowo paznokciami w zniszczony notes. Jej duże, ciemne oczy przesuwały się po rysunkach i zapiskach, które sporządziła, symbole z archiwum nie dawały jej spokoju.

  Gdy do kawiarni wszedł komisarz Adam Lorenz, powietrze wokół niego zdawało się zgęstnieć. Jego buty nosiły jeszcze ślady wilgotnej ziemi z podziemnych korytarzy, a ciężki płaszcz zdawał się przesiąknięty zimnym oddechem kamiennych murów. W oczach tliła się determinacja zmieszana z niepokojem. Jego wysoka sylwetka rzucała długi cień na podłogę, a spojrzenie, gdy napotkało oczy Mai, zdradzało, że to spotkanie może odmienić losy tej sprawy.

– Dziękuję, że chciałaś się spotkać – powiedział, siadając naprzeciwko niej. Oparł się na stole i powoli zsunął płaszcz z ramion, jakby ciążący na nim chłód podziemi nie chciał go opuścić.

  Maja uśmiechnęła się lekko, obracając w palcach długopis.

– Wiesz, że uwielbiam zagadki – powiedziała z nutą rozbawienia. – Coś wielkiego musiało się stać, skoro wzywasz mnie do współpracy.

  Lorenz przyglądał się jej uważnie. Maja była nietuzinkową dziennikarką, która miała niezwykłą intuicję do odkrywania faktów. Jej zainteresowanie historią i tajemnicami nadawało jej badaniom głębi, której brakowało innym.

– Mamy morderstwo w podziemiach Kościoła Mariackiego – zaczął, a jego głos był niski i poważny. – Znaleziono ciało mężczyzny, a przy nim stary, zegarek zatrzymany na godzinie 3:33. Co więcej, może to mieć związek z serią dziwnych zniknięć w okolicy. Czuję, że to coś więcej niż zwykła zbrodnia.

 Maja uniosła brwi, a jej ciekawość wzrosła.

– Zegarek… – powtórzyła. – Godzina 3:33 to nieprzypadkowy znak. W wielu kulturach symbolizuje moment, gdy granice między światem żywych a zmarłych rozmywają się. To może coś sugerować.

  Lorenz skinął głową.

– Dawniej ludzie wierzyli, że to czas, w którym odbywają się najciemniejsze rytuały. Może ofiary nie zostały wybrane przypadkowo. Może ktoś dąży do czegoś znacznie bardziej przerażającego.

  Maja otworzyła notes i przesunęła palcem po jednym z rysunków. Był to symbol – ostre, przecinające się linie układające się w hipnotyzujący wzór.

– Te znaki pojawiały się w dawnych obrzędach – powiedziała z zamyśleniem. – Sekty używały ich do przywoływania mocy… czegoś, co było po drugiej stronie. Może szukasz nie tylko mordercy, ale i kogoś, kto pociąga za sznurki w tej mrocznej grze.

  Atmosfera w kawiarni nagle stała się cięższa. Przy oknie, niedaleko nich, siedział starszy mężczyzna. Podniszczony płaszcz, wyblakła koszula, czarne rękawiczki  na pierwszy rzut oka zwykły gość. A jednak jego postawa zdradzała coś niepokojącego. Nie pił kawy i nie czytał gazety. Słuchał.

  Lorenz spojrzał na niego uważnie. Przeczuwał, że ich rozmowa nie pozostała niezauważona.

– Mamy widownię – szepnął do Mai.

  Mężczyzna odwrócił wzrok, jakby nagle zainteresował go deszcz bijący o szybę. Ale Lorenz już wiedział  to nie był przypadkowy słuchacz.

  Podnosił filiżankę kawy, czując, że oto zaczyna się nowy rozdział. Tajemnice Kościoła Mariackiego miały się ujawnić, a ich historia dopiero nabierała kształtu.

                                      -----------------------------------------------------------

....Podstępne wejście

   Trzeciego dnia, tuż po zmroku, zabójca podszedł do drzwi i zapukał. Kiedy Kozłowski otworzył, ujrzał przed sobą mężczyznę w eleganckim, ciemnym płaszczu. Był wysoki, miał spokojne, niemal hipnotyzujące spojrzenie.

– Dobry wieczór, panie Kozłowski – powiedział cicho, z uprzejmym uśmiechem. – Jestem kolekcjonerem starych zegarków. Wiem, że posiada pan coś wyjątkowego. Chciałbym go zobaczyć i, jeśli to możliwe, kupić.

Kozłowski zmrużył oczy, przyglądając się przybyszowi.

– Skąd pan wie, że mam zegarek? – zapytał ostrożnie.

– Jestem pasjonatem. W kręgach kolekcjonerskich mówi się o wyjątkowych egzemplarzach. Pański zegarek to prawdziwa rzadkość.

  Starszy mężczyzna nie odpowiedział od razu. Jego spojrzenie było czujne, jakby wyczuwał podstęp.

– Przykro mi, ale to pamiątka rodzinna. Nie jest na sprzedaż.

  Zabójca uśmiechnięty się lekko i wyjął kopertę z plikiem banknotów.

– Jestem skłonny dobrze zapłacić. Proszę rozważyć tę propozycję.

Kozłowski spojrzał na pieniądze, ale pokręcił głową.

– Nie chodzi o pieniądze. Ten zegarek ma wartość sentymentalną. Jest jedyną rzeczą, jaka mi została po ojcu.

  Zabójca wiedział, że negocjacje na nic się nie zdadzą. Musiał działać inaczej.

  Gdy Kozłowski chciał zamknąć drzwi, napastnik błyskawicznie wsunął nogę w próg i popchnął je mocno, wpychając starca do środka. Kozłowski zachwiał się i cofnął, a wtedy zabójca uderzył go w splot słoneczny, odbierając mu oddech.

  Mężczyzna upadł na fotel, charcząc.

– Nie chciałem tego robić, panie Kozłowski, ale zegarek nie może tu zostać.

  Starzec spróbował sięgnąć do kieszeni, być może po telefon, ale zabójca chwycił go za nadgarstek i brutalnie szarpnął. Zegarek, zapięty na skórzanym pasku, nie chciał zejść, więc rozciął pasek nożem i oderwał go od ręki Kozłowskiego.

 Mężczyzna dyszał ciężko, ale mimo bólu jego spojrzenie było pełne determinacji.

– Nie rozumiesz, co robisz… Ten zegarek… To nie tylko przedmiot.

Zabójca spojrzał na tarczę. Wskazówki pokazywały 4:44.

– Dla mnie liczy się tylko czas.

  Nie zamierzał go zabijać, nie było potrzeby. Kozłowski był stary, pobity, ale żył. Kiedy morderca wychodził, usłyszał jeszcze jego słaby głos:

– Nie uciekniesz przed tym, co nadchodzi…

  Nie oglądając się za siebie, zabójca zniknął w ciemności, trzymając zdobycz w dłoni.

                                               -------------------------------------------


....— To nie są zwykłe podziemia — szepnęła Maja, przejeżdżając dłonią po wypolerowanym kamieniu.

  Ruszyli dalej, ostrożnie stawiając kroki. Korytarz prowadził lekko w dół, aż wreszcie otworzył się na szeroką salę, której sklepienie podtrzymywały grube filary. Pośrodku pomieszczenia stał kamienny stół, pokryty warstwą pyłu, a za nim znajdowało się coś, co wyglądało jak ogromny zegar wbudowany w ścianę.

— To… to jest niemożliwe… — wyszeptał Lewandowski, podchodząc bliżej.

  Zegar miał średnicę około dwóch metrów, a jego tarcza była pokryta tajemniczymi symbolami, nie były to zwykłe liczby, lecz znaki przypominające połączenie alfabetów starosłowiańskiego i hebrajskiego. Wskazówki były wykonane z czarnego metalu i pozostawały nieruchome.

  Pod tarczą zegara znajdowało się półokrągłe zagłębienie w kamieniu, z miejscem na dwanaście przedmiotów, idealnie pasujących rozmiarem do zegarków, które dotąd znaleźli.

  Lorenz spojrzał na Lewandowskiego.

— Jeśli to faktycznie mechanizm stworzony przez Strażników Czasu, to powinniśmy w końcu poznać odpowiedzi.

  Wyjął skórzaną torbę, ostrożnie otworzył jej wnętrze i ułożył przed sobą wszystkie dwanaście zegarków. Przez chwilę patrzyli na nie w ciszy. Każdy z nich miał inną godzinę, inne zatrzymane wskazówki, inne symbole ukryte wewnątrz kopert.

— To moment prawdy — powiedział Lewandowski, podnosząc pierwszy zegarek i umieszczając go w wyznaczonym miejscu.

  Po kolei wkładali kolejne zegarki. Gdy ostatni trafił na swoje miejsce, coś w komnacie się zmieniło. Powietrze nagle stało się cięższe, a zegar w ścianie zadrżał. Jego wskazówki zaczęły się powoli przesuwać, lecz w zupełnie niespodziewany sposób, przeskakiwały co kilka sekund, jakby omijały pewne punkty w czasie.

— Wszystko prowadziło do tego momentu — powiedział cicho Lewandowski. — Strażnicy Czasu przez pokolenia ukrywali wiedzę. Ale nie tylko ją… ukrywali także konsekwencje.

— Konsekwencje czego? — zapytał Nowicki, który razem z Mają obserwował wszystko w napięciu.

Lewandowski wziął głęboki oddech.

— Czas to nie jest prosta linia. To sieć. Labirynt. Każda decyzja tworzy nową ścieżkę, ale niektóre z nich… mogą zostać przerwane. Niektóre godziny są bramami. A te zegarki to klucze, które otwierają je nie tylko symbolicznie.

— To nie są zwykłe podziemia — szepnęła Maja, przejeżdżając dłonią po wypolerowanym kamieniu.

  Ruszyli dalej, ostrożnie stawiając kroki. Korytarz prowadził lekko w dół, aż wreszcie otworzył się na szeroką salę, której sklepienie podtrzymywały grube filary. Pośrodku pomieszczenia stał kamienny stół, pokryty warstwą pyłu, a za nim znajdowało się coś, co wyglądało jak ogromny zegar wbudowany w ścianę.

— To… to jest niemożliwe… — wyszeptał Lewandowski, podchodząc bliżej.

  Zegar miał średnicę około dwóch metrów, a jego tarcza była pokryta tajemniczymi symbolami, nie były to zwykłe liczby, lecz znaki przypominające połączenie alfabetów starosłowiańskiego i hebrajskiego. Wskazówki były wykonane z czarnego metalu i pozostawały nieruchome.

  Pod tarczą zegara znajdowało się półokrągłe zagłębienie w kamieniu, z miejscem na dwanaście przedmiotów, idealnie pasujących rozmiarem do zegarków, które dotąd znaleźli.

  Lorenz spojrzał na Lewandowskiego.

— Jeśli to faktycznie mechanizm stworzony przez Strażników Czasu, to powinniśmy w końcu poznać odpowiedzi.

  Wyjął skórzaną torbę, ostrożnie otworzył jej wnętrze i ułożył przed sobą wszystkie dwanaście zegarków. Przez chwilę patrzyli na nie w ciszy. Każdy z nich miał inną godzinę, inne zatrzymane wskazówki, inne symbole ukryte wewnątrz kopert.

— To moment prawdy — powiedział Lewandowski, podnosząc pierwszy zegarek i umieszczając go w wyznaczonym miejscu.

  Po kolei wkładali kolejne zegarki. Gdy ostatni trafił na swoje miejsce, coś w komnacie się zmieniło. Powietrze nagle stało się cięższe, a zegar w ścianie zadrżał. Jego wskazówki zaczęły się powoli przesuwać, lecz w zupełnie niespodziewany sposób, przeskakiwały co kilka sekund, jakby omijały pewne punkty w czasie.

— Wszystko prowadziło do tego momentu — powiedział cicho Lewandowski. — Strażnicy Czasu przez pokolenia ukrywali wiedzę. Ale nie tylko ją… ukrywali także konsekwencje.

— Konsekwencje czego? — zapytał Nowicki, który razem z Mają obserwował wszystko w napięciu.

Lewandowski wziął głęboki oddech.

— Czas to nie jest prosta linia. To sieć. Labirynt. Każda decyzja tworzy nową ścieżkę, ale niektóre z nich… mogą zostać przerwane. Niektóre godziny są bramami. A te zegarki to klucze, które otwierają je nie tylko symbolicznie.

                                    ---------------------------------------------

Jeżeli zainteresowały Cię te fragmenty i jesteś ciekawy co była miedzy nimi i jak skończyła się ta powieść (o ile się skończyła) to proponuję zakup tego ebooka (linki na początku posta).



Komentarze

Popularne posty z tego bloga

Kurczak, który kandydował na burmistrza

  Część I: Dzień jak co dzień w Trzepakowie   Poranek w Trzepakowie pachniał kawą rozpuszczalną i lekko przypaloną jajecznicą. Na rynku leniwie przetaczał się piątkowy gwar: sklepowa Gertruda opowiadała Elżbiecie o nowym kremie do rąk, pan Antoni, lokalny filozof i szachista, przestawiał pionki na jednej z betonowych ławek, a z głośnika przy urzędzie miasta sączyła się klasyka, Vivaldi, choć przerywany trzaskami, brzmiał jakby przez maszynę do mielenia ziemniaków. W powietrzu unosiła się mieszanka zapachów: świeżego chleba, kurzu z chodników i czegoś, co przypominało rozgrzaną kapustę.   W Trzepakowie czas płynął powoli, jak mód w herbacie. Psy przeciągały się ospale na środku ulicy, jakby wiedziały, że nikt ich nie przegoni. Słońce powoli gramoliło się po niebie, rzucając ciepłe, leniwe światło na fasady domów w kolorze wyblakłej żółci i zgaszonej zieleni. Nad wszystkim unosił się duch małomiasteczkowej rutyny, bezpiecznej, choć czasem dusznej.   Aż do tamtego dnia....

Dzień, w którym wszystkie lodówki zaczęły mówić prawdę

     Poranek w bloku przy ulicy Brzozowej zaczął się zwyczajnie, jak każdy inny. Pani Halina przeciągała się leniwie, rozglądając po kuchni, gdzie w rogu stała jej nowiutka lodówka marki „Chłodek Plus”. Tym razem jednak nie zastała ciszy i chłodu lecz głos, który przeraził ją niemal do zawału. — No to co dzisiaj, Pani Halino? — zabrzmiało z wnętrza lodówki, a jej drzwi lekko się uchyliły, jakby lodówka oczekiwała odpowiedzi.  Pani Halina podskoczyła i wyciągnęła rękę, by sprawdzić, czy to nie sen. Ale nie, lodówka nie przestała mówić. — Znowu te dwa jogurty light? No naprawdę, czy Ty myślisz, że one same się zjedzą? Przecież wiesz, że nienawidzę być pusta! — mówiła lodówka z lekkim wyrzutem w głosie. — Co ty... Lodówko? — zapytała z niedowierzaniem pani Halina.   W tym samym czasie na innych piętrach bloków, w dzielnicy i mieście sytuacja się powtarzała. Lodówki, po aktualizacji oprogramowania w ramach „Inteligentnego Domu 2.0”, nagle zaczęły wypowiadać prawdę n...